Niezwykle oryginalny film. Wyrypajew przeniósł na ekran swoją własną sztukę teatralną, ale w sposób bardzo, ale to bardzo odległy od typowych, klasycznych adaptacji. Żadnej kamery na scenie: "Tlen" jest serią kilkunastu muzycznych klipów (zapowiedzianych na początku czymś w rodzaju okładki płyty, z wymienieniem tytułów, a jakże), na których tle dwie siedzące w studio nagraniowym postacie (ona - Karolina Gruszka - w starannej fryzurze i okularach w ciemnej oprawie, przypominająca surową menedżerkę z wytwórni. I on - Aleksiej Filimonow - z wygoloną głową i w stroju drecha) wymieniają hiphopowe dialogi o życiu, śmierci i jeszcze kilku drobiazgach.
Nie szukajcie fabuły, nie znajdziecie. Owszem, z tego melanżu brutalnej poezji i migoczących obrazków da się od biedy wyprowadzić jakąś tam historię - o Sieńce, chłopaku z prowincjonalnego miasteczka (znów Filimonow), który zakochał się w pięknej rudowłosej dziewczynie ze stolicy o męskim imieniu Sasza (znowu Gruszka - wyglądająca rzeczywiście zjawiskowo) i zabił dla niej, przy użyciu łopaty, swoją niezbyt atrakcyjną żonę (Wojetskowa). Ale w tym zalewie obrazów i dźwięków anegdota jest najmniej ważna.
"Tlen" opowiada (choć nie jest to odpowiednie słowo) o potrzebie szukania sensu. O tym jak w przytłoczonym nadmiarem świecie trudno go znaleźć. O grzebaniu w popkulturowym śmietnisku. O tym co jest w życiu najważniejsze. Można go odczytywać też na wiele innych sposobów, ale generalnie nie jest to film do analizowania, tylko do chłonięcia. Jego oglądanie wymaga też pewnej podzielności uwagi. Mamy tu wyskandowany w rapowym rytmie tekst (moim zdaniem literacko bardzo ciekawy, choć nie dla miłośników tradycyjnej liryki) i szybki montaż obrazów, zmieniających się jak w teledysku w MTV - trudno śledzić je jednocześnie, a czasem po prostu nie sposób nadążyć. Nie do końca też jestem pewien, co ma być tu tytułowym "tlenem", czymś nam naprawdę niezbędnym. Miłość czy wolność?