Walentynki dla seniorów; komedia romantyczna przeznaczona raczej dla 40-60-latków niż dla "normalnego", trzy razy młodszego targetu filmów tego rodzaju. Meryl Streep gra Jane, właścicielkę dobrze prosperującej restauracji (są aluzje do jej ostatniej roli w "Julie i Julia") mieszkającą samotnie (ostatnie z trójki jej dorosłych dzieci właśnie wyfruwa z gniazdka) w luksusowym wiejskim domu w Santa Barbara. Dziesięć lat temu rozwiodła się z mężem babiarzem o imieniu Jake (Baldwin), ale jej obecne stosunki z "eksem" (który w międzyczasie ożenił się z dużo młodszą od siebie seksowną Agness) są całkiem przyjazne. I oto przy okazji ukończenia studiów przez ich syna oboje spotykają się w Nowym Jorku, upijają w hotelowym barze, idą do łóżka jak za starych dobrych czasów, a po powrocie do Kalifornii kontynuują namiętny romans. A wkrótce potem Jane zaczyna się interesować Adam (Martin), architekt zaangażowany do powiększenia jej kuchni (o rozmiarach większych niż przeciętne warszawskie mieszkanie).
Sytuacja bycia kochanką byłego męża (tzw. seks z eks) jest dla Jane mocno ambarasująca i wprawiająca ją w lekką panikę, w związku z czym przez pół filmu omawia ją z - niewidzącym tu większego problemu - Jakiem, ale nie są to dyskusje szczególnie inspirujące. Oboje usiłują też ukryć swój romans przed dziećmi, a desperacja, z jaką to czynią, okazuje się uzasadniona - gdy, jak łatwo przewidzieć, sprawa wychodzi na jaw, cała trójka bobasów w wieku od 19 do 25 lat tuli się do siebie na łóżku i pochlipuje (czy naprawdę ponowne zejście się rodziców to taka straszna tragedia?). No i wreszcie Jane musi wybrać między napalonym jak nastolatek byłym małżonkiem, a nieśmiałym, mimozowatym, głęboko przeżywającym niedawny rozwód Adamem. Może podziękuje obydwu panom i kupi sobie pieska? (Warto zwrócić uwagę, że nieco podobny dylemat pojawiał się w innym, nie tak dawnym filmie Meyers "Lepiej późno niż później", gdzie o względy Diane Keaton walczyli zawzięcie Jack Nicholson i Keanu Reeves).
"To skomplikowane" skomplikowane nie jest; jest przeciągnięte, chwilami nudnawe i nie tak zabawne, jak mogłoby być, gdyby scenariusz napisał ktoś o mniej sitcomowym poczuciu humoru. Meyers przez długie minuty trzyma się konwencji filmu obyczajowego, potem jakby nagle przypominała sobie, że kręci komedię, i wtedy wali już z grubej rury, idzie w ostrą farsę, ale chwyty, jakie stosuje, są raczej mało wyszukane i zużyte (podglądanie przez okno i następnie spadanie z niego, palenie marihuany przez 60-latków itp.). I nie byłoby właściwie o czym mówić, gdyby nie fantastyczna obsada aktorska, w której pierwsze skrzypce gra Baldwin; roztyty, misiowaty, z zapuchniętymi oczkami, z vis comica w miejsce aparycji amanta, jako karykatura niedawnego macho - jest naprawdę komiczny. Streep to firma niezawodna, ale jej rola jest jednak ciut słabsza niż w "Mamma Mia!" czy w "Julie i Julia". Najmniej przekonujący z tej trójki jest Martin - bardzo dobry aktor komediowy, ale jako miłosna alternatywa wypada raczej średnio. Film też.