Film jest adaptacją prozy Nicholasa Sparksa, mistrza podnoszących na duchu tragedii miłosnych ("List w butelce", "Pamiętnik"), i przeznaczony jest dla tych widzów, którzy mają już dosyć komedii romantycznych i chcą zobaczyć na Walentynki normalny, staroświecki melodramat - taki gdzie jest wielkie uczucie, długa rozłąka, patrzenie na księżyc, czułe (a później palone) listy itd. To wszystko tu znajdą, ale czy się wzruszą (a o to w końcu w tym gatunku chodzi)? Hm... No nie wiem.. Jeśli się ma więcej niż 14 lat, może być z tym problem (w tej skali, przeznaczonej tylko dla melodramatów, "Wciąż ją kocham" zasługuje na trzy chusteczki).
Początek wieku. John (Tatum) jest żołnierzem, Savannah (Seyfried) studentką - wyglądają razem jak Tarzan i Jane. Poznają się przypadkowo na plaży (John przebywa na przepustce u cierpiącego na społeczną fobię ojca, w którego role wciela się Jenkins), zakochują, on wyjeżdża na misję, ona do college'u i gdy zbliża się już moment ich spotkania po rocznym rozstaniu, następuje atak na WTC i John przedłuża swój wojskowy kontrakt
Przez pierwszą godzinę film ogląda się całkiem nieźle, mimo że Tatum poza szeroką klatką piersiową i Seyfried poza miłym uśmiechem nie pokazują nic godnego uwagi. Potem jednak Savannah podejmuje szlachetnie motywowaną, acz nie całkiem zrozumiałą decyzję, po której akcja traci energię i kierunek, a film, już wcześniej raczej statyczny, zaczyna się niemiłosiernie wlec. Zakończenie wygląda jakby dokręcono je już po zakończeniu zdjęć i mimo że film wprost nurza się w szlachetności, ofiarności i poświęceniu, prowokuje publiczność do cynicznych żartów. Mnie one nie bawią, ale je rozumiem.