Dramat rodzinny oparty na autentycznej szokującej historii (rozgrywającej się w latach 1945-72), ale jak to często bywa w takich przypadkach, niewypadającej na ekranie zbyt prawdziwie. Niespełniona aktorka Barbara (Moore) wyszła za mąż za dziedzica wielkiej fortuny, wnuka wynalazcy bakelitu, Brooksa Baekelanda (Dillone), ma z nim syna Tony'ego, ale relacje między poszczególnymi członkami tej próżniaczej, włóczącej się po powojennej Europie familii robią się z czasem coraz bardziej chore. Ojciec odbija synowi ukochaną, młodziutką urodziwą Hiszpankę Blankę, zostawia dla niej matkę (czemu się zresztą trudno dziwić, zważywszy na jej postępowanie); matka zbliża się z synem homoseksualistą, a zbliżenie to przybiera formę kazirodztwa... Słowem dekadencja na całego (patrz scena, w której Barbara śpi z pocieszającym ją po odejściu męża biseksualistą Samem, a Tony ochoczo wskakuje do ich łóżka), której konsekwencje okażą się jednak tragiczne
Wszystko to jest bardzo eleganckie stylistycznie, wizualnie bardzo staranne i dopracowane (brawa dla dekoratora!), ale puste i drażniące emocjonalną sztucznością. Krwawe zakończenie tego karnawału psychologicznych perwersji też nie wydaje mi się nieuniknione (jak w porządnej, wzorowanej na antyczną, tragedii) - między opowieścią a jej finałem jest wyraźna szczelina. Tu widzę główne źródło porażki reżysera - wychodzi od głośnego wydarzenia, które wstrząsnęło w swoim czasie amerykańską opinią publiczną, chce wyjaśnić "jak do tego mogło dojść", ale odpowiedź na to pytanie nie wydaje mi się ani przekonująca, ani specjalnie interesująca. Wiadomo, że miłości nie należy mylić z uzależnieniem i dążeniem do pełnej kontroli, wiadomo, że chęć ucieczki i niemożność ucieczki to połączenie, które może doprowadzić do obłędu, ale co z tego? Film może się podobać krytykom (jak każdy amerykański film z europejskim sznytem), ale dla większości widzów półtoragodzinne przebywanie w towarzystwie osób tak głęboko antypatycznych, pretensjonalnych i chwilami odrażających będzie zbyt trudne.