"Las" Piotra Dumały operuje tkanką tak delikatną, tak mglistą, że na tle przegadanego, często nieznośnie publicystycznego polskiego kina jego ton łatwo zagłuszyć. Ale to film niezwykły i brawurowy - bo brawury dziś trzeba, żeby bez zadęcia, za pomocą najprostszych środków porwać się na tego rodzaju elegijną przypowieść o ojcu i synu. To prawda, dziś minimalizm jest modny i często artystowską formą próbuje przykryć zwyczajny banał. "Las" nie jest ani artystowski, ani banalny - nawet jeśli nie wszystkich, co oczywiste, zachwyci.
Fabuły w zasadzie nie ma - jej funkcję pełnią tu jakby zatrzymane w ruchu obrazy. Z jednej strony syn (Bonaszewski) opiekuje się starym, chorym ojcem (Brudny) - myje go i karmi, przenosi z krzesła do łóżka, gotuje obiady i wpatruje się w ogień w starym, kaflowym piecu. Jednocześnie obaj idą przez las - trochę jak na wspólne polowanie, które nie ma jednak nic z męskiej przygody. Może idą we śnie? Ale jeśli tak, to czyim?
Sensu tych obrazów Dumała każe szukać w detalach. W zniszczonym domu, przy zardzewiałej misce i zabrudzonym oknie, syn myje ojca gąbką - bezwładny ojciec nie jest w stanie usiedzieć na krześle, trzeba przywiązać go do oparcia pasem, jak więźnia. Gdy Bonaszewski pyta: "Chciałbyś coś do picia?", słyszy w odpowiedzi: "Dziękuję, do widzenia!". I sceny w lesie - syn, choć wyższy i silniejszy, niemal biegnie za ojcem jak uczniak. Bo mężczyzną jest tutaj ojciec - to on opatrzy synowi zranioną rękę, a gdy sam się potknie na drodze, z wściekłością odrzuci pomoc.
Dumale wystarczyły takie właśnie ułamki zdarzeń, by zbudować intymną opowieść o rodzinnym odwróceniu ról: starość jest bezwzględna, bo zmienia ojca w wymagające opieki dziecko. "Las" pokazuje jednak więcej - bunt ojca, który złości się na swoją bezradność (zamiast mleka i herbaty wolałby napić się wina) - i opór syna, który staje twarzą w twarz z odpychającą cielesnością. Słowa: "Obejmij mnie tato, mocno", znaczą tu jedynie: trzymaj się, żebyś nie upadł. Bo nawet jeśli nic o bohaterach nie wiemy, z drobnych gestów i spojrzeń można wyczytać ich przeszłość - rodzinną historię dwóch mężczyzn, którzy nie zdążyli się do siebie zbliżyć i nagle muszą stanąć wobec siebie nadzy.
Intrygujący jest tu motyw ognia, metaforycznego "spalenia" syna na stosie. Czy to ojciec "mści się" na swoim dziecku? A może jedynie się z nim żegna i pali przeszłość? Wędrówka przez las może być też przecież drogą do śmierci. Lekcją umierania - i śmiertelności w ogóle - jaką daje synowi ojciec, zanim odpłynie na koniec filmu łodzią Charona.
W przypadku "Lasu" wyjaśnianie znaczeń jest zresztą mocno ryzykowne - to przecież film, który sam w sobie jest niespełna półtoragodzinną aluzją i sugestią. Ale jest to też kino, od którego trudno się uwolnić: puste łóżko i syn, który kładzie się na miejscu ojca, to dziwne drżenie na granicy bliskości i obcości, kiedy bohaterowie są sam na sam, wreszcie jeden jedyny, mocny uścisk, gdy Mariusz Bonaszewski podnosi Stanisława Brudnego z podłogi. Kto jeszcze potrafi dziś w naszym kinie budować tak proste, a przeszywająco intymne, przenikliwie bolesne obrazy?