Rozgrywający się na początku lat 60. w Londynie film zakwalifikował się do "złotej dziesiątki" tegorocznych Oskarów. Wywołał ryk entuzjazmu u krytyków po obu stronach oceanu ("nowa Audrey Hepburn" pisano o wykonawczyni głównej roli). Scenariusz - na podstawie wspomnieniowej książki znanej brytyjskiej dziennikarki - napisał Nick Hornby, pisarz zabawny i błyskotliwy, któremu zawdzięczamy m.in. "Był sobie chłopiec" i "Przeboje i podboje". Wyreżyserowała go Lone Scherfig z duńskiej "Dogmy", autorka bardzo wdzięcznego "Włoskiego dla początkujących". Wszystko to być może zanadto zaostrzyło mi apetyt i podniosło oczekiwania, ale, wstyd przyznać - wyszedłem rozczarowany. Film jest owszem, w porządku, nieźle się go ogląda, Mullingan to faktycznie aktorskie odkrycie roku, a dialogi Hornbyego pieszczą ucho. Ale to w zasadzie wszystko. Skąd te zachwyty?
Nie należy też zanadto sugerować się polskim tytułem, rozmyślnie nawiązującym do wspomnianego już "Był sobie chłopiec" - to nie jest komedia, a tym bardziej romantyczna. To raczej film (dramat?) obyczajowy - tyle, że napisany przez bardzo dowcipnego człowieka.
Grana przez - 22-letnią podczas kręcenia zdjęć - Mulligan Jenny jest inteligentną, nieco pretensjonalną 16-latką, wyróżniająca się uczennicą, wybierającą się na studia do Oksfordu. I oto pewnego deszczowego dnia, wracając ze szkolnego koncertu (gra na wiolonczeli) poznaje dwa razy od siebie starszego Davida (Sarsgaard). David robi na niej wrażenie, a wkrótce udaje mu się nawet zawojować rodziców Jenny - przeciętnych, tradycjonalistycznych (drobno)mieszczan (Molina i Seymour). Romans rozkwita, a Jenny, pod jego wpływem, weryfikuje swoje życiowe plany...
Czym David ujmuje, uwodzi, zdobywa Jenny? I to mimo, że, jak szybko wychodzi na jaw, jest typem raczej podejrzanym, drobnym kryminalistą (z jednej ze scen wynika, że współpracuje z Peterem Rachmanem, bezwzględnym i chciwym developerem - polskim Żydem zresztą, który przybył do Londynu z armią Andersa), krętaczem i oszustem? Cóż, można powiedzieć, że oszust i uwodziciel w jednym stoją domu, i że zakochana dziewczyna nie na takie grzechy jak okradanie staruszek skłonna jest przymknąć oczy. Rzecz w tym jednak, że to nie jest nawet zakochanie: David nie oczarowuje jej swoim nieodpartym seksapilem, miłym uśmiechem, ani gładką wymową. Ani nawet tym, że traktuje ją jako osobę dorosłą. On po prostu otwiera przed nią drzwi do świata luksusu: koncertów muzyki poważnej, aukcji dzieł sztuki, wytwornych restauracji, sportowych samochodów, weekendów w Paryżu etc. To świat znacznie barwniejszy i atrakcyjniejszy, niż świat egzaminów, studiów i przyszłej pracy, a David oferuje jej dostęp do niego od razu, na szybkie skróty. Nic więc dziwnego, że Jenny, dziecko prawie, daje się omamić. Jest jak ówczesna Anglia. Londyn jeszcze "nie swinguje", nikt nie słyszał o Beatlesach, obowiązuje jeszcze powojenny model życia skromnego i oszczędnego - ale już na horyzoncie rysuje się wielka zmiana: obyczaje się rozluźnią, a Anglicy zaczną się bawić i konsumować. Jako reprezentantka przejściowej epoki Jenny sprawdza się doskonale.
Film można określić jako "opowieść o dojrzewaniu", choć pod pewnymi względami Jenny wydaje się już od początku dojrzalsza zarówno od swojego 35-letniego partnera, jak i nawet od własnego ojca - zupełnie tu karykaturalnego i nieprawdziwego. Jak dla mnie ta historia podwójnej "edukacji" (tak brzmi angielski tytuł filmu), "sentymentalnej" i tej dosłownej, szkolnej, opowiedziana jest w zbyt jednostajnym, mechanicznym rytmie, a jej zakończenie tchnie prymitywnym, czytankowym wręcz dydaktyzmem. No, ale może oczekiwałem zbyt wiele