Ten znakomity, uwodzicielski film, który otrzymał rok temu Cezara za najlepszy francuski dokument, nie ma nic wspólnego z nudną, akademicką biografią. Agnes Varda, jedna z najważniejszych postaci francuskiej Nowej Fali, na swój sposób jest w "Plażach Agnes" krnąbrna i nieprzewidywalna, sentymentalna i "campowa", pełna pasji i młodzieńczej przekory. Wspomina, rekonstruuje przeszłość i zmienia ją w pomysłowo-ekscentryczne obrazy-slajdy, ale w tej zabawie pyta o rzeczy całkiem serio. Co z nas pozostaje? Czy obraz daje nieśmiertelność czy zabiera to, co autentyczne? Gdzie kończy się kino i sztuka a zaczyna to, co prawdziwie intymne?
Znana jest trwająca od dawna pasja Vardy do zbierania, kolekcjonowania, gromadzenia. "Plaże Agnes" przypominają taki właśnie, ożywiony album, w którym reżyserka gromadzi ślady przeszłości - przedmioty i słowa, fotografie i fragmenty filmów, miejsca, obrazy i ludzi. Opowiada o sobie i swoich bliskich, wspomina dzieciństwo, pierwszy publiczny pokaz swojego filmu i okoliczności debiutu (zadecydował przypadek, bo producent Georges de Beauregard po sukcesie "Do utraty tchu" Godarda szukał kolejnych młodych reżyserów, którzy nakręcą tanie filmy i pozwolą sporo na nich zarobić). Życiorys Vardy jest oczywiście niezwykły (jest w nim i epizod amerykański, i ważny moment działalności feministycznej), ale "Plaże " okazują się znacznie bardziej uniwersalne: nawet gdy nas już nie ma, zostawiamy po sobie tysiące drobiazgów, które żyją dalej.
"Mieliśmy wspólne łóżko i stół, dzieci, gry i wycieczki do Noirmoutier" - opowiada Varda o swoim wieloletnim związku z reżyserem Jacques'iem Demym. Gdy patrzy na zdjęcia aktorów sprzed lat i rzuca im kwiaty, zaczyna mówić ze łzami w oczach: "Każda śmierć przypomina mi właśnie o nim". Po raz pierwszy publicznie przyznaje, że Demy zmarł na AIDS, opowiada o tym, jak umierał na jej oczach i jak próbowała zapamiętać - zatrzymać w kadrze - jego fizyczny obraz. Ten najbardziej sentymentalny fragment filmu jest tu jednocześnie najmocniejszy - o to przecież również w "Plażach " chodzi, by temu, czego nie ma, przywrócić obecność.
Parę miesięcy temu Agnes Varda pojawiła się we Wrocławiu, gdzie "Plaże " pokazywano w Polsce po raz pierwszy - przyjechała zadziwiająca energią reżyserka, która "gra rolę pulchnej i rozgadanej staruszki", ale przyjechała też żywa legenda: jej film "Cleo od 5 do 7" jest chyba nie tylko dla mnie jednym z najważniejszych (z dokumentu dowiadujemy się zresztą, że ważną inspiracją były dla niej wtedy obrazy Baldunga Griena). W "Plażach " pojawia się z kolei znacząca scena na pchlim targu, gdzie reżyserka kupuje za dziesięć centów kartkę ze zdjęciem z własnego filmu "Documenteur" z 1981 roku ("to mój ulubiony film!"), a za chwilę znajduje pocztówki z fotografiami słynnych francuskich reżyserów: Jacques'a Demy, Jeana Cocteau, Agnes Vardy. Komentuje to znalezisko krótko: "Zanim staliśmy się postaciami na pocztówce, byliśmy ludźmi z krwi i kości".
"To film o mojej pamięci, która odchodzi, o pamięci kina, ale też o tym, co pamięć kina może dać widzowi" - mówiła Varda we Wrocławiu na spotkaniu prowadzonym przez prof. Tadeusza Lubelskiego. Nie przypadkiem jednak "Plaże " kończy puenta bardzo osobista: "Dopóki żyję - pamiętam".