| Nacisnąć czy nie nacisnąć - oto jest pytanie! Zadają je sobie Norma (Diaz), nauczycielka, i Arthur (Marsden), inżynier pracujący w NASA, całkiem szczęśliwe małżeństwo, w którego domu | zjawia się pewnego dnia tajemniczy osobnik (Langella), składając im „niemoralną propozycję” (choć, w przeciwieństwie do znanego filmu pod tym tytułem, o zupełnie nieseksualnym charakterze). Otóż mężczyzna ów - pozbawiony połowy twarzy, jakby przyszedł wprost z któregoś z filmów Cronenberga - dostarcza im drewniane pudełko z czerwonym guzikiem, po którego naciśnięciu zginie wprawdzie jakiś nieznany im człowiek, ale za to otrzymają okrągły milion dolarów (a jest rok 1976, większa była tego wartość niż teraz)... |
Jak małżonkowie rozstrzygną ten szatański dylemat, zgadnąć jest nietrudno; w końcu gdyby odrzucili ofertę, nie byłoby filmu - co zresztą nie byłoby w sumie takim złym rozwiązaniem. Gdyż "The Box", choć zaczyna się całkiem obiecująco, szybko zamienia się z intrygującego moralitetu w ciężkostrawną mieszankę bełkotliwego science fiction i nudnawego horroru. Czego tu nie ma? Badanie powierzchni Marsa i cytaty z Sartre'a, rządowy spisek i parada "zombies" o nieruchomych spojrzeniach i krwawiących nosach, wodne portale prowadzące do innych wymiarów i aluzje teologiczne. Nie ma tylko jednego drobiazgu - sensu.
Trochę szkoda, gdyż opowiadanie Richarda Mathesona (autora m.in. "Jestem legendą"), na którym film został oparty, jest pomysłowe i ciekawe. Tyle że bardzo krótkie i reżyser, by rozciągnąć je do rozmiarów kinowej fabuły, powrzucał do niego, bez ładu i składu, wszystko, co mu akurat podpowiedziała wyobraźnia. W rezultacie jednak to "pudełko" (angielski tytuł filmu), choć niewątpliwie ładnie opakowane, jest przeładowane i puste jednocześnie. Wszyscy wiemy, że chciwość nie popłaca (co ciekawe, w filmie egoistyczne i pazerne są wyłącznie panie), ale żeby to udowodnić, nie trzeba mieszać Sartre'a, "zombies" i pana Boga.