The Box. Pułapka **

Paweł Mossakowski
2010-03-19, ostatnia aktualizacja 2010-03-17 15:58

USA 2009 (The Box). Reż. Richard Kelly. Aktorzy: Cameron Diaz, James Marsden, Frank Langella

Nacisnąć czy nie nacisnąć - oto jest pytanie! Zadają je sobie Norma (Diaz), nauczycielka, i Arthur (Marsden), inżynier pracujący w NASA, całkiem szczęśliwe małżeństwo, w którego domu zjawia się pewnego dnia tajemniczy osobnik (Langella), składając im „niemoralną propozycję” (choć, w przeciwieństwie do znanego filmu pod tym tytułem, o zupełnie nieseksualnym charakterze). Otóż mężczyzna ów - pozbawiony połowy twarzy, jakby przyszedł wprost z któregoś z filmów Cronenberga - dostarcza im drewniane pudełko z czerwonym guzikiem, po którego naciśnięciu zginie wprawdzie jakiś nieznany im człowiek, ale za to otrzymają okrągły milion dolarów (a jest rok 1976, większa była tego wartość niż teraz)...
Jak małżonkowie rozstrzygną ten szatański dylemat, zgadnąć jest nietrudno; w końcu gdyby odrzucili ofertę, nie byłoby filmu - co zresztą nie byłoby w sumie takim złym rozwiązaniem. Gdyż "The Box", choć zaczyna się całkiem obiecująco, szybko zamienia się z intrygującego moralitetu w ciężkostrawną mieszankę bełkotliwego science fiction i nudnawego horroru. Czego tu nie ma? Badanie powierzchni Marsa i cytaty z Sartre'a, rządowy spisek i parada "zombies" o nieruchomych spojrzeniach i krwawiących nosach, wodne portale prowadzące do innych wymiarów i aluzje teologiczne. Nie ma tylko jednego drobiazgu - sensu.

Trochę szkoda, gdyż opowiadanie Richarda Mathesona (autora m.in. "Jestem legendą"), na którym film został oparty, jest pomysłowe i ciekawe. Tyle że bardzo krótkie i reżyser, by rozciągnąć je do rozmiarów kinowej fabuły, powrzucał do niego, bez ładu i składu, wszystko, co mu akurat podpowiedziała wyobraźnia. W rezultacie jednak to "pudełko" (angielski tytuł filmu), choć niewątpliwie ładnie opakowane, jest przeładowane i puste jednocześnie. Wszyscy wiemy, że chciwość nie popłaca (co ciekawe, w filmie egoistyczne i pazerne są wyłącznie panie), ale żeby to udowodnić, nie trzeba mieszać Sartre'a, "zombies" i pana Boga.