Nie jest to film aż tak zły, jak można oczekiwać po grafomańskim tytule oraz obecności w nim gwiazdy "Zmierzchu" Roberta Pattisona. A byłby wręcz znośny (biorąc poprawkę na to, że adresowany jest do tłumu małoletnich wielbicielek tego aktora), gdyby nie fatalne zakończenie. Jest względnie, choć nie całkiem zaskakujące, nie zdradzę go, powiem tylko ogólnie - pod każdym względem zły pomysł.
Pattison gra Tylera, studenta nowojorskiego uniwersytetu, młodzieńca zbuntowanego i niepogodzonego z tym światem (co poznajemy głównie po tym, że pali papierosy). Celuje wyraźnie w Jamesa Deana, ale cóż... każda epoka ma takiego "buntownika bez powodu", na jakiego zasłużyła. W dodatku Tyler ma powód: jego starszy brat popełnił przed laty samobójstwo, do czego walnie przyczynił się ich ojciec (Brosnan) - bardzo ważny prezes korporacji (chciał go zatrudnić u siebie, ten jednak wolał się powiesić). Tyler wytatuował więc sobie imię brata na wysokości serca, a teraz chodzi chmurny albo zadumany (a zadumany Pattison to nie jest przyjemny widok), pije, pali i wdaje się w awantury (po których ląduje w areszcie, skąd wyciąga go bogaty i wpływowy tatuś - jak ja kocham takich buntowników...)
Podczas jednej z takich ulicznych rozrób Tyler zostaje zatrzymany przez policjanta (Cooper), którego córka Ally (de Ravin), jak się okazuje, studiuje razem z nim. Jego współlokator, irytujący dowcipniś imieniem Aiden, podsuwa mu pomysł zemsty: niech uwiedzie dziewczynę, a następnie porzuci (jest to pomysł przewałkowany już w dziesiątkach komedii romantycznych, a tu, przypominam, mamy do czynienia z dramatem, a właściwie dwoma: miłosnym i rodzinnym). Tyler wprowadza pomysł w życie i nagle okazuje się, ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich, że Ally to jest ta jedna, jedyna
Dalej ten romans między Tylerem i Ally, których łączy rodzinna trauma z przeszłości (matka Ally została zamordowana na jej oczach) oraz niełatwe relacje z ojcami, przebiega zgodnie z gatunkowym schematem. I całkiem sprawnie to idzie, choć strasznie wolno - tempo jest jak u lunatyka po valium. Niemniej jednak ogląda się bez bólu - zwłaszcza kameralne sceny są niezłe, a potem przychodzi to straszne zakończenie, po którym wszystko, co widzieliśmy, robi się zupełnie nieważne.