Film jest ekranizacją autobiograficznej książki Waris Dirie, niegdyś bardzo znanej ciemnoskórej modelki, walczącej od lat o zniesienie barbarzyńskiego zwyczaju "obrzezywania kobiet" (którego ofiarą sama padła w dzieciństwie). Praktykowany głównie w Afryce rytuał polega na usuwaniu łechtaczki i warg sromowych, i jest nie tylko krwawy i okrutny, ale też - biorąc pod uwagę warunki higieniczne, w jakich zwykle dokonywany jest zabieg - niebezpieczny. W filmie widzimy w pewnym momencie kilkuletnią Dirie, jej matkę oraz staruchę przeprowadzającą "operację" za pomocą żyletki do golenia i choć scena z oczywistych względów jest tylko sugerowana, a nie pokazywana wprost, trudno określić ją inaczej niż "potworna" albo "koszmarna".
I o taką właśnie reakcję chodzi - głównym celem filmu wydaje się zwrócenie uwagi opinii publicznej na dramat afrykańskich kobiet, o którym tak naprawdę wiemy niewiele. Afryka jest daleko, a zasięg naszej empatii często ograniczony do ludzi żyjących w naszym kręgu kulturowo-cywilizacyjnym. Skoro taka jest tam tradycja, mówimy, nic nam do tego, nie nasza sprawa. Otóż nie, powiada film, to także nasza sprawa. To sprawa ludzkiej wrażliwości. Z tego punktu widzenia film spełnia swoje zadanie całkiem dobrze. Wprawdzie dokument na ten sam temat mógłby to równie dobrze uczynić i jego "siła rażenia" mogłaby nawet być większa, ale film fabularny ma nad nim niebagatelną przewagę - masowości odbioru.
Natomiast jeśli pominąć jego wartość informacyjno-publicystyczną, to "Kwiat pustyni" wypada bardzo przeciętnie czy wręcz słabo. Biografia Dirie jest interesująca, ale zostaje opowiedziana językiem telewizyjnym, naiwnie ilustracyjnym, a niemiecko-amerykańska reżyserka, choć wyraźnie zabiega tu o lekkość tonu, rękę ma ciężką jak głaz. Znana jest ona zresztą głównie z kręcenia komedii i jej predylekcja gatunkowa wyczuwalna jest w wielu scenach filmu (np. władcza szefowa agencji modelek, pod której skrzydła trafia Dirie, to postać wzięta wprost z farsy). Nie mam nic przeciwko równoważeniu tragedii humorem, tu jednak styl narracji kłóci się z powagą przesłania.
Losy Dirie stanowią zaś współczesny wariant bajki o Kopciuszku, klasyczną opowieść z cyklu "od żebraka do milionera". Dirie (śliczna, pochodząca z Etiopii modelka Kebede) ucieka z ojczystej Somalii, przez pewien czas jest sprzątaczką w ambasadzie tego kraju, a utraciwszy to zajęcie błąka się po ulicach Londynu. Na szczęście pewnego dnia spotyka życzliwą Angielkę, ekspedientkę marzącą o karierze tancerki (pamiętna z "Happy-go-lucky" Hawkins) i zaczyna pracować jako sprzątaczka w barze szybkiej obsługi typu "Burger King", gdzie wpada z kolei w oko znanemu fotografowi mody, sympatycznemu abnegatowi (Spall)..
Okaleczenie, jakiego doznała w dzieciństwie, powoduje dolegliwości fizyczne, którym jednak można zaradzić w szpitalu. Gorzej z ranami psychicznymi: te goją się dłużej. Początkowo Dirie nie widzi w tym, co ją spotkało, nic nadzwyczajnego ani szczególnie dotkliwego (choć determinuje to jej stosunek do seksu, mężczyzn, w ogóle świata) - to przyjdzie dopiero później. Szkoda jednak, że jej ewolucja przedstawiona jest tak topornie, a wątek miłosny - w stylu kiepskiej komedii romantycznej. Jej życie zasługiwało na coś lepszego niż ten film.