Edukacyjne walory filmu Jacka Koprowicza są nie do przecenienia: dzięki niemu dowiedzieć się może widownia młoda i nie tylko, że ten genialny rzekomo Witkacy to w gruncie rzeczy pantoflarz był i nieudacznik, cykor i podrywacz obleśnie wulgarny, erotoman bez wdzięku, bez forsy, bez talentu nawet. Po wojnie niby coś tam maluje, ale w gruncie rzeczy kopiuje sam siebie, niby coś tam gryzmoli, ale jest w stanie spłodzić tylko dzieło-wyliczankę: "oszukizm, neo-naciągizm, na-dudka-wystrychizm"
Można by na obronę Koprowicza powiedzieć, że Witkacy-geniusz umarł 17 września 1939 roku, gdy razem ze swą kochanką postanowił skończyć żywot. Ten, który - sugeruje reżyser - rzekome samobójstwo przeżył i ukrywa się teraz, to jedynie groteskowo wykrzywiony cień, pokraczny ekwiwalent, odrzut z historii kultury, co to zmienił się w dobrego wujcia rozpaczliwie goniącego za skradzioną mu sztuczną szczęką.
W "Mistyfikacji" tenże wujcio (ostentacyjnie niepodobny do Witkacego Jerzy Stuhr) najpierw obłapia bezpardonowo niewinnie głupkowatą Karolinę Gruszkę (trzeba klasy Gruszki, żeby nawet tak idiotyczną postać zagrać znakomicie), a potem chowa się w domu niejakiej Czesławy Oknińskiej (od wielu lat nieobecna na ekranie Ewa Błaszczyk) - kochanki, która chciała się z nim zabić, a dziś przynosi piwo, w przebraniu siostry zakonnej oferuje mu erotyczne lody wielosmakowe i głównie zrzędzi. Na trop Witkacego, który trupem jest oficjalnie, wpada początkujący w SB agent Łazowski (niezła rola Macieja Stuhra): śledzi i węszy, włamuje się do domu Oknińskiej i kradnie (tak, to on) sztuczną szczękę. No ale żeby zajmować się Witkacym - jak uczy młokosa szef (Chyra) - trzeba mieć zdrowie i wątrobę zdolną przyswajać alkohol w ilościach ponadprzeciętnych: tych talentów Łazowskiemu brakuje.
Być może "Mistyfikacji" też oglądać na trzeźwo nie wolno. Jeśli bowiem są w tej fabułce jakieś psychologiczne niuanse, jakieś rozprawy z modernizmem i komunizmem, jakieś pytania ważne o to, czym szczerość, czym fałsz, a czym sztuka - to ja ich, w stanie brutalnej świadomości, nie zauważyłem nigdzie. Zobaczyłem za to banalną pseudobiografię, bezładny zlepek anegdotek, historyjek i "bohaterków", w którym tylko aktorzy - rzuceni na z góry przegraną potyczkę - próbują o swoje role walczyć. Sam Witkacy z grafomanią wygrać zza grobu nie jest w stanie, a po obejrzeniu "Mistyfikacji" pewnie utwierdziłby się tylko w przekonaniu powtarzanym przez niego często i głośno: kino ze sztuką nic wspólnego nie ma. No, przynajmniej tego rodzaju kino.