Wyspa tajemnic ****

Paweł Mossakowski
2010-03-26, ostatnia aktualizacja 2010-03-24 23:10
Wyspa tajemnic
Wyspa tajemnic

USA 2009 Reż. Martin Scorsese. Aktorzy: Leonardo DiCaprio, Mark Ruffalo, Ben Kingsley, Max von Sydow

Psychologiczny thriller (horror?) Martina Scorsese zasadza się na pewnym, dość szokującym zwrocie akcji, bez zdradzenia którego trudno jest wejść w głębsze omówienie jego treści. Proszę więc mi wybaczyć oględność tekstu: już i tak, uprzedzając o czekającej widza niespodziance odbieram mu część należnego zaskoczenia.

Jest rok 1954, co o tyle istotne, że na ten okres nowożytnej historii Ameryki przypadło chyba największe nasilenie podejrzliwości i lęku (przed komunistycznym spiskiem, przed wybuchem nowej wojny, gdy świeże były jeszcze wspomnienia poprzedniej itd.). Do szpitala psychiatrycznego dla groźnych przestępców, znajdującego się na tytułowej, skalistej wyspie przybywa dwóch agentów FBI, Teddy (DiCaprio) i Chuck (Ruffalo); obaj ubrani w długie płaszcze i kapelusze jak bliscy kuzyni Humphreya Bogarta. Mają oni za zadanie rozwiązać zagadkę zniknięcia z celi pensjonariuszki zakładu: kobiety, która zabiła trójkę swoich dzieci, ale tego faktu nigdy nie przyjęła do wiadomości.

W jaki sposób zabójczyni uciekła z pomieszczenia bez okna, z grubymi na metr murami i z budynku strzeżonego jak Alcatraz? Czyżby była nowym, zapoznanym Hudinim? Ale zagadek jeszcze przybywa: dyrektor szpitala (jak zawsze łagodnie złowieszczy Kingsley) oraz jego prawa ręka, przybyły z Niemiec lekarz (von Sydow) zdają się utrudniać śledztwo i w ogóle zachowują się podejrzanie: czyżby dokonywali na pacjentach jakichś niedozwolonych eksperymentów? I dla kogo właściwie pracują?

W dodatku sam Teddy (co za dziecięco niewinne imię w tak ponurym miejscu!) nie czuje się najlepiej. Ma ataki migreny, objawy "odstawienia" (jest niepijącym alkoholikiem), prześladują go wspomnienia wojenne (jako żołnierz brał udział w wyzwoleniu obozu w Dachau i późniejszej masakrze niemieckich strażników) oraz obrazy nieżyjącej żony, która miała zginąć w pożarze wznieconym przez piromana. Czy potrafi odróżnić własne koszmary od rzeczywistości?

Podobnie jak bohater słynnego "Taksówkarza" nasz urodziwy agent ma być więc ofiarą wojennej traumy, co być może tłumaczy, czemu Scorsese w sięgnął po powieść Dennisa Lehane'a (autora zekranizowanej przez Clinta Eastwooda "Rzeki tajemnic") teraz, w trakcie awantury iracko-afgańskiej. A może chciał po prostu zrobić coś lżejszego, coś w rodzaju "Przylądku strachu" - lżejszego, rzecz jasna, w sensie wagi artystycznej, a nie atmosfery. Ta jest bowiem gęsta, ciężka, "gotycka", tworzona z ekspresjonistycznym rozmachem: mamy posępną scenerię, klaustrofobiczną przestrzeń, odcięcie od świata zewnętrznego (wyspę akurat nawiedza sztorm uniemożliwiający powrót), rzęsisty deszcz i bijące pioruny. I grzmiącą, bombastyczną muzykę na dodatek.

Ja na taką nadwyżkę artystycznego wyrazu reaguję zwykle chichotliwie, ale tu nie było mi do śmiechu. Film, zwłaszcza przez pierwszą godzinę, ma duże napięcie: czujemy, że nasz bohater jest nieustannie zagrożony i może już tej strasznej wyspy nie opuścić. Nie wiemy tylko, z której strony przyjdzie atak (Ze strony diabolicznego dyrektora i jego tajemniczych mocodawców? A może snujących się jak zombies pacjentów? A może on sam stanowi dla siebie zagrożenie?). Jest też przez reżysera i jego drużynę (operator, scenograf, montażystka) zrobiony z dużą klasą realizacyjną: ma jakość i solidność przedwojennego niemieckiego mebla. Ale jest też za długi, ma za dużo wątków, a Wielki Zwrot, o którym wspomniałem na początku, jest i nie całkiem przekonujący i zostawiający nas na emocjonalnej pustyni: więcej sensacji, niż sensu.