Reżyser tego dokumentu Jean-Paul Jaud twierdzi z przekonaniem, że dzieci "przeklną" nas, jeśli nie zatrzymamy w porę fali zatruwania środowiska - i samych siebie. Owszem, wspomina się tu chwilami o tym, o czym ekologowie mówią do znudzenia (coraz bardziej zanieczyszczona woda, globalne ocieplenie itp.), ale intencje są jednak inne - zmieniać trzeba codzienne nawyki nie po to, by "ocalać planetę", ale by uchronić się przed masowo rosnącymi chorobami - zwłaszcza nowotworami.
Najbardziej narażeni są rolnicy i ich rodziny - nawyk opryskiwania upraw różnego rodzaju chemikaliami nie tylko zmienia zdrową żywność w niezdrową, ale powoduje przede wszystkim śmiertelne choroby u tych, którzy przy chemikaliach pracują na co dzień. W efekcie chorują całe wsie, gdzie jednak czasem udaje się wprowadzić w życie nietypowe pomysły - na przykład szkolne obiady przygotowywane przez "ekologiczną stołówkę", których w Polsce - zdaje się - jak na lekarstwo.
Dokument Jeana-Paula Jauda szlachetne idee topi niestety w nadmiarze tematów i wątków - ktoś chwali zdrowe obiady dla dzieci, ktoś inny tłumaczy, dlaczego warto kupować produkty w sklepach ze zdrową żywnością, ktoś inny sugeruje przytomnie, że w ogóle jedzenia warto kupować mniej, a zatem rzadziej odwiedzać supermarkety, gdzie nałogowo kupujemy więcej, niż potrzebujemy. Konkretne pytania o konkretne wyniki badań (jaki jest związek między niezdrową żywnością a coraz częstszą zachorowalnością dzieci na nowotwory?) pozostają jednak zwykle bez odpowiedzi, a praktyczne porady zastępuje wymuszona, pretensjonalna metafora rodzącego się właśnie dziecka.
Szkoda, bo potencjał na film lepszy formalnie - i bardziej treściwy - był tu bez wątpienia. Zamiast tego dostajemy dwie godziny słusznych wniosków i postulatów (np. dawać dziecku własne kanapki zamiast kupowanych w sklepiku batonów), z których najbardziej spodobał mi się jeden: globalnej polityki zmienić nie sposób, ale warto zmieniać nawyki w swoich lokalnych społecznościach. A przede wszystkim nie dać się zwariować - zdrowa żywność jest towarem mocno luksusowym, a żywić się jedynie marchewkami z własnego pola raczej trudno. Zasadę "zdrowe - niezdrowe" czasem trzeba więc zastąpić zasadą "lokalne - masowe": nawet jeśli nie ma pewności, czy kupowane na targu jaja zniosła "ekologicznie chowana" kura, a mięso pochodzi z eko-hodowli, to i tak lepiej dać zarobić miejscowemu rolnikowi niż właścicielowi supermarketu. Tego ostatniego na kupowanie zdrowej żywności stać na pewno.