Odpowiedź na tytułowe pytanie okazuje się łatwiejsza, niż można by przypuszczać: "straszny" smok jest wtedy, gdy macha mu się przed oczami toporem, grozi śmiercią i kiedy zupełnie bez powodu kategorycznie się go nienawidzi. Wystarczy jednak smoka podejść łaskawiej, czasem nakarmić, a czasem pogłaskać i... rozśmieszyć, by potwór zmienił się w łagodnego psiaka, który wierny jest po grób. Bajka?
"Jak wytresować smoka" nie jest oczywiście niczym więcej - zwłaszcza że głównym bohaterem znów jest tu niewpasowany w otoczenie nastolatek. Imię nosi fatalne (Czkawka!), zamiast silnego cielska typowego wikinga wyposażony został przez naturę w rachityczne ciało wiecznego nieudacznika, a oprócz wyzłośliwiających się kolegów znosić też musi pogadanki ojca, który od refleksyjnego indywidualisty wolałby syna wojownika jak trza. Martwić się jednak o Czkawkę nie trzeba, bo trend w animacjach jest wciąż bez zmian - jeśli ktoś może tu dokonać prawdziwej rewolucji i zmienić losy świata, to właśnie poczciwy chudziak, w którego nie wierzy nikt.
Na to, by pozostawiony przez wszystkich na uboczu Czkawka pokazał swą odwagę i mądrą niepokorność (tak tak, rodziców - zwłaszcza takich, jak filmowy Tata wiking - nie zawsze warto się słuchać), trochę trzeba będzie poczekać - fabularnie wszystko jest tu bowiem na swoim miejscu: i zwroty akcji, i smocza pomysłowość (w szkolnym podręczniku, z którego uczą się przyszli wikingowie, smoczych rodzajów jest bodaj kilkadziesiąt), i nielukrowana miłość (bo wybranka Czkawki zaprzeczeniem jest na szczęście sentymentalnej damulki), i rozbuchany finał. Właśnie, właśnie - z tym mam pewien problem: jak na animację tak bardzo wychwalającą pokój i nieagresję strasznie dużo tu zwyczajnej... rąbanki. Nawet pacyfistyczne idee sprzedawać dziś trzeba metodą bij zabij?
Druga wątpliwość wiąże się z bohaterem - bardziej niż schematyczny Czkawka interesuje mnie jego w tajemnicy wychowywany, konsekwentnie milczący smok. A kiedy nasz chudy śmiałek wreszcie smoka dosiądzie i pofrunie z nim hen w niebiosa, pamięć przypomina perfidnie - to wszystko już było. Na dodatek w "Avatarze", czyli bardziej efektownie i w prawdziwym 3D (trójwymiarowość w "Jak wytresować smoka" jest, powiedzmy, znacznie uboższa).
Nie znaczy to oczywiście, że "Avatar" jest dziś najważniejszym (czy w ogóle jakimkolwiek) punktem odniesienia, nie znaczy to również, że "Jak wytresować smoka" jest filmem złym. Poprawnych animacji mamy jednak mnóstwo, a smocza opowieść Sandersa i DeBlois wyróżnia się z tej masy dość... niewyraźnie.