Woody Allen po kilkuletnich peregrynacjach filmowych po Europie wraca na Manhattan i miło mi donieść, że nie zdradza żadnych objawów jet-leg w rodzaju ospałości, spowolnienia czy utraty energii. Jest to zresztą powrót nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie, gdyż scenariusz "Co nas kręci, co nas podnieca" (przefajnowany i niemądry tytuł) powstał z górą 30 lat temu i został teraz tylko powierzchownie zaktualizowany (aluzje do Baracka Obamy, terroryzmu, viagry itp.). Być może dla niektórych widzów takie sięganie do bardzo już starej szuflady będzie dowodem autorskiej desperacji, utraty wiary we własne siły twórcze czy też pójściem na zwyczajną łatwiznę, ale... pamiętajmy, że lata 70., gdy "Co nas kręci..." wyszło z maszyny Allena, to zdecydowanie najlepszy okres w jego karierze. Nigdy już nie pisał tak genialnych dialogów, nie wymyślał tak komicznych sytuacji i tak zgrabnie nie łączył śmiechu i metafizycznej rozpaczy. I nie jest zapewne przypadkiem, że - przy wszystkich swoich słabościach - "Co nas kręci..." jest najzabawniejszym filmem Allena od niepamiętnych czasów.
Jego bohaterem stanowiącym łatwo rozpoznawalne alter ego reżysera jest utykający na nogę (pozostałość po nieudanej próbie samobójczej) zgryźliwy staruch nazwiskiem Yellnikoff (grany przez słynnego twórcę "Kronik Seinfelda" i "Pohamuj entuzjazm" Larry'ego Davida), antypatyczny mizantrop i megaloman, przeświadczony o swojej nieskończonej wyższości intelektualnej nad resztą tej biednej i nic-nie-rozumiejącej ludzkości. Yellnikoff był w przeszłości fizykiem i "prawie kandydatem do Nobla" (ale, jak wiemy, "prawie" robi różnicę), a obecnie dorabia sobie do emerytury jako nauczyciel szachów, chętnie wyzywający swoich uczniów od debili i kretynów. Nieprzyjemny to człowiek, ale w swojej pogardzie dla maluczkich i niepohamowanej skłonności do prawienia impertynencji - właściwie komiczny.
I oto pewnego deszczowego wieczoru Yellnikoff pod drzwiami swojego mieszkania w Chinatown zastaje bezdomne, przybyłe z głębokiego Południa dziewczę imieniem Melody (Wood) i, wprawdzie z oporami, przygarnia je pod swój dach. Melody stanowi czyste przeciwieństwo swojego dobroczyńcy: on uważa się za geniusza, ona jest jak z dowcipów o blondynkach, on jest integralnym pesymistą, ona jest pogodna i optymistyczna, naiwna i ufna. I nie tylko znosi cierpliwie jego obraźliwe uwagi, ale wkrótce się staremu tetrykowi oświadcza (i to bez żadnych ubocznych intencji!).
No, tu już Allen przesadził. Już sam pomysł z błąkającą się po Nowym Jorku dziewczyną bez centa przy duszy jest jawnym anachronizmem (dziś miałaby 10 kart kredytowych w portfelu), zaś zakochanie się (przez 20-letnią uczestniczkę licznych konkursów piękności) w kipiącym od toksyn, trzykrotnie od niej starszym Larrym Davidzie wydaje się wręcz fizyczną niemożliwością. Na szczęście film nie uzurpuje sobie pretensji do psychologicznego realizmu, jest czystą farsą, a umowność opowiadanej historii podkreślona zostaje częstym zwracaniem się Yellnikoffa bezpośrednio do kamery (chwyt stosowany już w "Annie Hall", ale tu rozrośnięty do długaśnych monologów). W farsie zaś chodzi o to, aby było śmiesznie - i jest. Śmieszne jest i zderzenie tak niedopasowanych charakterów i łagodny pigmalionizm filmu (z uczennicą tyleż pilną, co niezdolną), ale najśmieszniejsze już jest przybycie (nierównoczesne) rodziców Melody (Clarkson i Begley jr), których prowincjonalna bigoteria i konserwatyzm rozpuszczają się w atmosferze zepsutej metropolii. Film miejscami przypomina sztukę teatralną (dość pośpiesznie zakończoną), jego finał jest jak na mój gust zbyt sielankowy, a morał (w nieprzyjaznym wszechświecie trzeba wykorzystywać każdą możliwość szczęścia, jakakolwiek by była) też u tego reżysera jest nienowy. Ale zabawa jest pierwszorzędna - lepszy Allen na starych śmieciach niż jako Europejczyk.
"Co nas kręci, co nas podnieca" USA 2009 (Whatever Works). Reż. Woody Allen. Aktorzy: Larry David, Evan Rachel Wood, Patricia Clarkson, Ed Begley Jr