"Zakochany Nowy Jork" brzmi zapewne lepiej niż "Zakochany Sieradz" czy "Zakochany Konin" (bez urazy!), ale pod tym atrakcyjnym tytułem kryje się rzecz raczej przeciętna: antologia blisko tuzina krótkich miłosnych nowelek umieszczonych w Nowym Jorku (głównie zresztą na Manhattanie), choć prawdę mówiąc, większość z nich mogłaby rozgrywać się w dowolnym mieście świata.
Na mój mało entuzjastyczny stosunek do filmu wpływa zapewne to, że generalnie nie przepadam za tego typu formatem: ledwo człowiek wejdzie w klimat jakiejś historii, już go z niego wyganiają, zastępując kolejną. Przypomina to nieco jazdę samochodem po zakorkowanej Warszawie: gaz, hamulec, gaz, hamulec itd. Ale moja aprioryczna niechęć nie tłumaczy wszystkiego: "Zakochany Paryż" (pierwszy film z tego cyklu) obejrzałem z zainteresowaniem. O jego nowojorskiej kontynuacji nie mogę tego powiedzieć.
Nie chodzi nawet tu o to, że epizody są nierówne, że nie sumują się w całość, bo w tym gatunku to niemal reguła. Bardziej już, że nie wygrywa się specyfiki miejsca. Duch Nowego Jorku jest raczej słabo obecny: nie ma tu jego dynamiki, wigoru, wibrującej w powietrzu energii, zaś barwna wieloetniczność i mieszanie się kultur wykorzystane są bodaj tylko w jednym filmiku wyreżyserowanym przez Mirę Nair (o spotkaniu hinduskiego handlarza diamentów i wychodzącej właśnie za mąż dziewczyny z ortodoksyjnej żydowskiej rodziny). I nieprzypadkowo należy on do najlepszych w całym zestawie.
Oczywiście znajdą się tu pomysły zabawne i inteligentne, jak otwierająca film opowiastka o kieszonkowcu, który "trafia na swego" i to akurat w osobie miłosnego rywala. Albo o młodzieńcu, który wybrał się na bal maturalny z dziewczyną na wózku inwalidzkim. Albo o młodym pisarzu, który "na papierosku" pod barem (nowy, wymuszony zakazem palenia obyczaj, który skądinąd ułatwia zawieranie nowych znajomości) usiłuje w dość obcesowy sposób uwieść dziewczynę, nieświadomy jej zajęcia (choć prawdę mówiąc ta ostatnia nowelka robi wrażenie zainscenizowanego długiego dowcipu). Autorzy zresztą często chcą nas na koniec historyjki zaskoczyć, ale pointy nie zawsze są tak niespodziewane, jak sobie wyobrażają.
Największą zaś słabością filmu wydaje mi się to, że nawet najlepsze składające się nań nowelki nie wywołują żadnej reakcji emocjonalnej (może z wyjątkiem ww. filmiku Miry Nair oraz powiastki o parze staruszków świętujących spacerem swoją 63. rocznicę małżeństwa). Konstatujemy: "A, to niezłe", ale nie jesteśmy ani wzruszeni, ani zasmuceni, ani uradowani. W przypadku filmu z "miłością" w tytule jest to brak dość istotny.