Jaśniejsza od gwiazd *****

PAWEŁ T. FELIS
2010-05-14, ostatnia aktualizacja 2010-05-15 12:06
Jaśniejsza od gwiazd
Jaśniejsza od gwiazd

Najnowszy film Jane Campion w polskich kinach

Jaśniejsza od gwiazd
Jaśniejsza od gwiazd
Jaśniejsza od gwiazd
Jaśniejsza od gwiazd
ZOBACZ TAKŻE
Nowy, niezwykły film Jane Campion ogląda się z początku jak urokliwy romans ubrany w XIX-wieczny kostium. Jego bohaterką jest kolejna u Campion zwykła dziewczyna z sąsiedztwa, skromnie wykształcona, za to błyskotliwie wygadana, nieco złośliwa Fanny Brawne (świetna Abbie Cornish). Ona zajmuje się głównie wymyślaniem fantazyjnych strojów i szyciem. On, wówczas niedoceniony jeszcze poeta John Keats (znany m.in. z "Pachnidła" Ben Whishaw), pisze niezrozumiałe przez współczesnych wiersze, opiekuje się śmiertelnie chorym bratem i wydaje się melancholikiem zamkniętym na ludzi. Połączy ich to, co z początku dzieli: Keats będzie jej udzielał "lekcji poezji" i otworzy Fanny na świat słów, których ona nie rozumie; Fanny obudzi w nim "artystę życia codziennego", który spełnienie znajdzie w dziewczynie, jakich podobno "co najmniej kilka jest w każdym mieście".

Związkowi Fanny i Keatsa wszyscy są bowiem przeciwni - rodzina Brawne upomina, że o małżeństwie nie może być mowy (bo on "nie ma stałych dochodów"), o coraz mocniejszą zażyłość zazdrosny jest też przyjaciel poety James Brown, który chciałby mieć Keatsa tylko dla siebie. Ale w "Jaśniejszej od gwiazd" typowe dla kostiumowych melodramatów konwenanse są najmniej ważne - film Campion nie mieści się ani w wąskich granicach sentymentalnego romansu, ani nie opowiada wyłącznie o walce o uczucie na przekór społecznym stereotypom.

Nowozelandzka reżyserka znakomicie ożywia kostiumowy sztafaż - w filmie pojawiają się XIX-wieczne rytuały, dystyngowane tańce i wspólne wieczorki muzykowania, ale świat "Jaśniejszej od gwiazd" jest na wskroś współczesny. Przyglądając się Fanny i Keatsowi, Campion odważnie, bo z niemodną dziś czułością, śledzi kolejne etapy wtajemniczenia w bliskość, budowanie miłosnego kodu, który - gdy ogląda się go z zewnątrz - wydać się może sentymentalno-banalny. Nie chodzi jednak w "Jaśniejszej od gwiazd" o romantyczny szał serc i ciał (związek bohaterów do końca pozostaje zresztą platoniczny), ale o spotkanie mężczyzny i kobiety, które ma ciężar, użyć wypada niemodnego dziś słowa, egzystencjalny.




Dla Campion, która zwykle pokazywała walczące o niezależność swoich bohaterek, to spotkanie kobiety i mężczyzny - jak mówiła mi niedawno w Krakowie sama reżyserka - jest "kwintesencją życia". Doświadczeniem egzystencjalnym, które pozwala naprawdę zanurzyć się w świecie, poczuć się w nim wreszcie jak w domu. Poznać błysk spełnienia, w które wpisane jest jednak przeczucie klęski i śmierci. Euforia Keatsa i Fanny prowadzi przecież do przekonania, że wszystko jest ulotne i tymczasowe, a w każdą bliskość wpisana jest świadomość końca.

"Jaśniejsza od gwiazd" - choć to film na swój sposób lekki, zwiewny, uwodzicielski - okazuje się więc czymś więcej niż mistrzowsko zrealizowaną historią miłości Fanny i Keatsa. To raczej opowieść o tym, że nie ma innego wtajemniczenia w świat niż przez miłosny dreszcz, przez tę najintymniejszą bliskość, która zawsze okazuje się brutalnie krucha. Ale może dlatego właśnie jest jedynym dostępnym nam cudem?


"Jaśniejsza od gwiazd" Australia, Wielka Brytania, Francja (Bright Star). Reż. Jane Campion. Aktorzy: Abbie Cornish, Ben Whishaw, Paul Schneider