Film jest adaptacją powieści brytyjskiego pisarza Christophera Isherwooda (którego berlińskie opowiadania stanowiły inspirację dla "Kabaretu"), bardzo ważnego, "fundamentalnego", jak twierdzą niektórzy krytycy, utworu w historii literatury gejowskiej. Przeniesienia go na ekran podjął się Tom Ford, znany projektant mody (związany m.in. z Guccim i Yves Saint-Laurentem). Film nie wygląda jednak na dzieło amatora (co najwyżej kogoś, kto trochę za dużo przebywał w świecie reklamy), ma za to wyczuwalnie osobisty ton, co w przypadku zawodowców nie jest regułą. Nic jednak dziwnego: gdy ktoś z tak odległej branży zabiera się do kręcenia filmu, to nie bierze tematu sobie obojętnego.
Mamy rok 1962, rosyjskie okręty płyną w kierunku Kuby i cała Ameryka wstrzymuje oddech w obliczu światowego konfliktu. Ale bohatera filmu, 50-letniego George'a (Firth), homoseksualisty, Brytyjczyka z urodzenia, wykładowcy literatury na uniwersytecie w Los Angeles, ów polityczny kryzys zdaje się nie dotyczyć - zmaga się z własnym, osobistym. Wiele miesięcy temu zginął w wypadku jego wieloletni partner Jim (pojawiający się w retrospekcjach Goode), ale mimo upływu czasu George nie może pogodzić się z jego stratą i pogrążony jest w głębokiej depresji.
W "Samotnym mężczyźnie" nie ma właściwie fabuły; jest spokojny, niespieszny opis jednego dnia z życia George'a (który może okazać się jego dniem ostatnim). George kupuje naboje do pistoletu, najwyraźniej szykując się do samobójstwa, ale prowadzi też normalne zajęcia ze znudzonymi studentami, spotyka się wieczorem ze swoją przyjaciółką, też pochodzącą z Anglii, ostro popijającą rozwódką Charley (przeszarżowana Moore), z którą w dalekiej młodości miał romans, rozmawia w barze (i rozmowa ta okaże się ważna) z niepewnym swojej seksualnej tożsamości studentem (Hoult, dzieciak z "Był sobie chłopiec") itd.
Rozmiaru jego cierpienia możemy się jedynie domyślać, ponieważ George schowany jest za gładką fasadą brytyjskiej poprawności. Wiemy, że w środku przeżywa piekło, ale nie zdradza swoich emocji. Tak chyba należy rozumieć tytuł filmu: George jest samotny nie tylko dlatego, że jest sam po utracie kogoś nie do zastąpienia - jest samotny, gdyż tak naprawdę nie może się z nikim podzielić swoim bólem. To dopiero początek lat 60., epoka ujawnień jeszcze przed nami. A może Charley? Ale Charley zapatrzona jest w swoje cierpienie i niewiele rozumie: uważa, że najlepiej by było, gdyby "znowu spróbowali". George musi więc schować się w skorupie, co grający go Firth potrafi znakomicie; znana powszechnie powściągliwość jego aktorskiego stylu pracuje tu zdecydowanie na korzyść roli.
Wszystko to opowiedziane jest w bardzo wysmakowanym estetycznie stylu (proszę zwrócić uwagę, jak operuje się tu kolorem), niekiedy przypominającym filmy Wong Kar-Waia. Jednak szykowność filmu ma swoją cenę: wycyzelowana forma oddala od bohatera (zachowując bardziej realistyczną fakturę, "Samotny mężczyzna" mógłby być bardziej przejmujący), a czasami przywołuje nie najlepsze skojarzenia z reklamą krawatów. Kadry są drobiazgowo skomponowane - i często przeciągnięte. Kryje się za tym pewna filozofia (George uczy się, że życie to przebywanie w "wiecznym teraz"), ale ubocznym efektem tego zabiegu jest bardzo powolne tempo narracji. Mnie to nie przeszkadzało, lubię takie medytacyjne podejście, ale dla wielu widzów film może być po prostu nudny.