Gainsbourg ***

Paweł Mossakowski
2010-05-21, ostatnia aktualizacja 2010-05-19 17:39
Gainsbourg
Gainsbourg

Francja 2009 (Gaisbourg vie Heroique). Reż. Joan Sfarr. Aktorzy: Eric Elmosnino, Lucy Gordon, Laetitia Casta

Filmy
Francuzi ostatnio kręcą dużo filmów biograficznych (fakt, że mają o kim). Po Edith Piaf, Coco Chanel i Sagance (tej nie było jeszcze w Polsce) przyszła kolej na Serge'a Gainsbourga, legendarnego piosenkarza i kompozytora, autora słynnego "Je t'aime... moi non plus". Z tej krótkiej serii uważam ostatni film za najsłabszy, i to mimo wysiłków autora, aby odejść od - bardzo w sumie nudnej i skonwencjonalizowanej - formuły tego gatunku.

"Gainsbourg" zachowuje bowiem wprawdzie chronologię wydarzeń, ale nie jest sensu stricte filmem biograficznym - raczej wypowiedzią czy wyobrażeniem artysty o drugim artyście. Główny pomysł Sfara - znanego rysownika, autora komiksów i "powieści graficznych" - polega na wprowadzeniu czegoś w rodzaju "La Goule", nadnaturalnych wymiarów kukły o karykaturalnie semickich rysach twarzy, stanowiącej sobowtóra, alter ego, uzewnętrzniony głos wewnętrzny czy też "złego ducha" Gainsbourga, z którym ten prowadzi zacięte (co nie znaczy ciekawe) dyskusje. Postać ta zostaje pierwotnie wzięta z antysemickiego plakatu, rozlepianego na murach okupowanego Paryża, często widywanego przez 9-letniego Serge'a (wtedy jeszcze Luciena) - syna rosyjskich Żydów. Ale po pierwsze, pomysł "gra" tylko w okresie wojennym, gdy odpowiada wrażliwości estetycznej małego dziecka - w swojej "dorosłej" mutacji wygląda to nie tylko groteskowo (co zamierzone), ale też sztucznie. Po drugie, nawet jeśli to okupacyjne doświadczenie tak wykrzywiło psychologiczny autoportret Gainsbourga, naznaczyło go i wpłynęło na postrzeganie własnej osoby, to nie stanowi chyba uniwersalnego klucza do jego osobowości. Tłumaczy, co najwyżej, jedną jego uderzającą cechę - straszliwą siłę autodestrukcji.

Najciekawiej wypada pierwsza część filmu - wojenne dzieciństwo - gdy oglądamy bardzo bystrego, ponad wiek rozwiniętego, wszechstronne utalentowanego chłopca. Potem też jest nieźle, gdy młody Gainsbourg wadzi się ze swoim artystycznym powołaniem, miotając się między malarstwem a muzyką. Dalej jednak następuje pełna sztampa. A więc nieodłączny "gitane" w kąciku ust i szklanka czegoś mocniejszego w ręku. Występy, sukcesy i piękne kobiety. Romans z Brigitte Bardot (zagraną przez upodobnioną zewnętrznie, ale wybitnie nieutalentowaną Laetitię Casta). Nagranie niecenzuralnego "Je t'aime " z Jane Birkin (nieżyjąca Lucy Gordon) i późniejsze z nią małżeństwo. Z ciekawszych rzeczy: wykonanie "Marsylianki" w rytmie reggae i wielkie po nim oburzenie oraz zaskakująco ciepłe relacje z rodzicami. Postępująca degeneracja alkoholowa (choć bez przywołania jego ekscesów telewizyjnych z ostatnich lat). Wszystko kończy się na jasnej, słonecznej nucie, która brzmi tu wyjątkowo fałszywie. Podczas swojego pobytu w Paryżu w latach 80-tych miałem okazję kilkakrotnie oglądać Gainsbourga i zaręczam, że był to bardzo smutny widok.