Listy do Julii ***

Paweł Mossakowski
2010-06-11, ostatnia aktualizacja 2010-06-08 21:08
Listy do Julii
Listy do Julii

USA 2010 (Letters to Juliet). Reż. Gary Winick. Aktorzy: Amanda Seyfried, Gael Garcia Bernal, Vanessa Redgrave, Christopher Egan

Film, który powinien pojawić się na walentynki, ale na wakacje też ujdzie. Jest to coś w rodzaju familijnej komedii romantycznej (coś dla babusi, coś dla wnusi...), z mocno podkreślonym słowem "romantyczna".

Sophie (ambitna prymuska Seyfried) pracująca jako kontrolerka faktów w "New Yorkerze" (specjalność dziennikarska, która pewnie dotrze i do Polski) wyjeżdża na przedślubny miesiąc miodowy ze swym narzeczonym Victorem (Bernal), kucharzem otwierającym wkrótce swoją własną restaurację. Celem ich podróży jest Werona (p. Romeo i Julia).

Jednak ich pobyt w tym romantycznym mieście przebiega mało romantycznie: Victor ciągle zajęty jest rozmowami z dostawcami wina oraz poszukiwaniem trufli i innych delikatesów do swojego przyszłego lokalu, a pozostawiona sama sobie Sophie włóczy się w tym czasie po uliczkach Werony. Pewnego dnia zachodzi pod słynny balkon, gdzie w załomach muru rozczarowane kobiety umieszczają "listy do Julii", i znajduje tam kartkę sprzed 50 lat napisaną przez nastoletnią wówczas Angielkę Claire. Wynika z niej, że Claire odrzuciła miłość miejscowego chłopaka imieniem Lorenzo. Poruszona znaleziskiem Sophie odpowiada na list i oto niemal natychmiast (poczta na Zachodzie działa tak, że pozazdrościć) zjawia się starsza o pół wieku Claire (pod postacią majestatycznej Redgrave), a towarzyszy jej przystojny, ale arogancki i niesympatyczny wnuk Charlie (Egan, nie mylić z bardzo podobnym Ryanem Phillippe'em)

Cała trójka wyrusza następnie na poszukiwania mitycznego Lorenzo, objeżdżając piękną okolicę (choć zapewne prościej byłoby podzwonić) i pukając do drzwi równie pięknych domostw. Równolegle zaś rozgrywa się mniej już detektywistyczno-historyczny, a bardziej współczesny wątek miłosny - ponieważ Sophie i Charlie przez pół filmu docinają sobie i dogryzają, nietrudno zgadnąć, w jakim kierunku potoczy się ich znajomość w drugiej połowie... co zresztą nie jest rozegrane najzgrabniej: Bernal - nawet zaabsorbowany przyszłym interesem, roztrzepany i nieuważny - stanowi daleko ciekawszą alternatywę uczuciową niż sztywniacki Egan.

"Romantyzm" filmu jest chwilami mocno kiczowaty (włącznie ze wspólnym patrzeniem na rozgwieżdżone niebo), opowieść jest banalna do granic oczywistości, niemniej całkiem przyjemna - znam w każdym razie wiele gorszych sposobów spędzenia półtorej godziny. Duża w tym zasługa Redgrave, aktorki wspaniałej, której sama obecność uszlachetnia film i choć częściowo oczyszcza ze sztampy. No i scenerii - malownicze krajobrazy Włoch od stuleci służyły jako idealne tło miłosnych historii i tym razem także w tej roli nie zawodzą. Nie wiem, czy na wypuszczenie filmu w okresie przedwakacyjnym naciskały biura turystyczne, ale w każdym razie po jego obejrzeniu ma się ochotę natychmiast wykupić jakiś "last minute" i wyjechać do Toskanii.