Wenecja ****

PAWEŁ T. FELIS
2010-06-11, ostatnia aktualizacja 2010-06-08 21:09
Wenecja
Wenecja

Polska 2010. Reż. Jan Jakub Kolski. Aktorzy: Marek Walewski, Magdalena Cielecka, Julia Kijowska, Agnieszka Grochowska, Grażyna Błęcka-Kolska, Mariusz Bonaszewski, Teresa Budzisz-Krzyżanowska

Filmy


"To będzie nasza Wenecja" - mówi 12-letni Marek (nagrodzony w Gdyni za najlepszy debiut aktorski Marcin Walewski) o zalanej wodą piwnicy u ciotki Weroniki (Błęcka-Kolska): pośród starych mebli, podestów i pomostów jest nawet stół nazywany "San Marco", a na nim koncertowy fortepian marki Bechstein. Właśnie wybuchła II wojna, do prawdziwej Wenecji jechać nie można, więc trzeba ją sobie wymyślić - "zrujnowany pałac" Weroniki w Perczu staje się azylem i wymuszoną przechowalnią, przestrzenią bezpieczną, niemal karnawałową, bo to właściwie świat na opak: bez strzałów i bombardowań, bez mężczyzn, bez szans na to, że szybko wróci normalność.

Dla Marka - podobnie jak dla jego kuzynek - czas w Perczu to oczywiście podróż inicjacyjna, choć z wojną w tle. Ale tę podróż nastolatek musi odbyć sam i trochę na przekór: bez bezradnego wobec żony, przebywającego za granicą ojca (Bonaszewski), właściwie bez szukającej romansów, czyli "robiącej głupstwa" matki (Cielecka), dla której jest kimś bliskim i zarazem obcym. Cały dworek okazuje się zresztą przestrzenią zawłaszczoną przez kobiety - cztery dorosłe siostry, ich apodyktyczną matkę (Budzisz-Krzyżanowska), wreszcie kuzynki Marka, które podglądają kąpiących się nago żołnierzy i rozmawiają o pierwszych pocałunkach. Nastoletni chłopak wydaje się od tego świata odklejony, więc kreuje sobie rzeczywistość własną. Rzeczywistość, w której tęsknota za czułością ("Będę kochał i będę kochany") łączy się z marzeniem o walce.

Z początku można odnieść wrażenie, że "Wenecja" Jana Jakuba Kolskiego to rodzaj realistycznej baśni, obraz mikroświata istniejącego w chłopięcej wyobraźni, co sugerują przede wszystkim melancholijne, zwiewne, a jednocześnie zmysłowe zdjęcia Artura Reinherta (słusznie wyróżnionego przez jury w Gdyni). U Kolskiego tych światów jest jednak więcej. Jest przecież świat czterech sióstr jak z Czechowa, porzuconych przez mężczyzn, rozkochanych w zabawie (znakomicie grana przez Julię Kijowską Klaudyna) i w damsko-męskiej grze (matka Marka Joanna), żyjących z jakimś balastem nie-miłości ("Czy my w ogóle potrafimy kochać?"), za który winią matkę: "Wystawmy sztukę, jak egoistyczna matka zniszczyła życie uczuciowe swoich córek - w czterech aktach". Jest też zaskakująco u Kolskiego naturalistyczny świat wojny, która wcale nie omija Perczu bokiem, ale przerywa iluzoryczną idyllę nagle, brutalnie, zupełnie jak w solidnie zrobionym kinie wojennym.

"Wenecja" (oparta na motywach opowiadań Włodzimierza Odojewskiego) nie jest więc jedynie - jak chcą niektórzy - filmem "ładnym". Jest filmem intrygujących paradoksów, które skupia zresztą postać Marka, od początku pozbawionego - jak się wydaje - dziecięcej niewinności. To właśnie w Marku siłuje się przecież ze sobą wrażliwość i ojczyźniany archetyp, wyobraźnia i pragnienie, by - jak ojciec i starszy brat - zostać mężczyzną-wojownikiem. "Nie chcę być tu" - powtarza Marek jak mantra. Czy tylko dlatego, że wolałby jechać do Wenecji? Być tu - w sielsko-brutalnym Perczu - to również przyjąć jak swoje wszystko to, co polską mentalność uwiera od stuleci: romantyczny, martyrologiczny wirus. Czy wystarczy zbudować w piwnicy "Wenecję" albo uderzyć kogoś kamieniem, żeby się z tego wirusa wyleczyć?