Mówiąc najkrócej: komedia głupia, ale śmieszna. Często porównuje się ją z "Kac Vegas", i istotnie, podobieństwa się znajdą: i tu, i tam mamy czterech facetów, którzy wyjeżdżają z domu na weekend, ostro chleją, a potem cierpią z powodu następstw pijaństwa. Identyczny niemal jest też gatunek humoru: niespecjalnie wybredny, sprośny, niekiedy wulgarny, ale często skuteczny. Ale to jednak nie ta klasa: "Kac..." miał staranną konstrukcję, wyraźną linię dramaturgiczną - oprócz tego, że śmieszył, to trzymał w napięciu. "Jutro..." jest rozmemłane i niechlujne - gdzieś w połowie akcja siada. W przeciwieństwie do "Kac..." jest też bardzo nierówne: są gagi kapitalne, natchnione, ale są też momenty żenujące. Tym niemniej zabawa jest niezła i od czasów "Kac..." nic lepszego w tym gatunku u nas się nie pojawiło.
Bohaterami filmu jest trzech rozczarowanych życiem panów w średnim wieku oraz 20-letni bratanek jednego z nich, chowający się przed życiem w świecie wirtualnym. Oto oni: Adam (Cusack), agent ubezpieczeniowy, którego właśnie porzuciła kobieta; Jacob (Duke), syn jego siostry, nieśmiały okularnik siedzący na okrągło przed komputerem; Nick (Robinson), ustatkowany życiowo, ale niespełniony - marzenia o karierze muzycznej porzucił na rzecz mało inspirującej pracy w ośrodku dla zwierząt; wreszcie Lou (Corddry), największy wykolejeniec z nich wszystkich, rozwodnik i zdeklarowany alkoholik. I właśnie po domniemanej próbie samobójstwa tego ostatniego, dawni przyjaciele postanawiają wyskoczyć na weekend do górskiego kurortu, gdzie wspólnie jeździli w czasach "szalonej młodości". Tu, zatrzymawszy się w mocno podupadłym już hotelu, pierwszego wieczoru urządzają dzikie pijaństwo w gorącym jakuzzi, a następnego dnia budzą się w roku 1986, i to w momencie, który miał rozstrzygający wpływ na ich przyszłość. I aby powrócić do teraźniejszości, muszą dokładnie powtórzyć wszystko to, robili wówczas..
Pomysł dość arbitralny, ale płodny, otwierający drzwi do komediowego skarbca - każda scena filmu wypełniona (czy wręcz przepełniona) jest gagami. Niektóre z żartów podawanych w tempie szybkostrzelnego karabinu maszynowego wypalają, niektóre nie, ale ostatnią rzeczą, jaką by się tu przejmowano, jest dobry smak i tzw. poprawność polityczna. Film jest w pewnym stopniu parodią stylu lat 80., z ich okropnymi fryzurami i krzykliwymi ubraniami, kokainą i heavymetalem - oraz powstałych w tym okresie filmów. Zresztą sam pomysł "podróży w czasie" wtedy właśnie był w kinie eksploatowany - od "Powrotu do przyszłości" po "Terminatora"). Nieprzypadkowo też - i to w kluczowej roli! - pojawia się tu Chevy Chase, jedna z "ikonicznych" postaci ówczesnych komedii (szkoda tylko, że z tak kiepskimi tekstami). Jest tu zresztą pewna uczuciowa ambiwalencja: z jednej strony wyśmiewa się te kiczowate lata 80. (ale zobaczymy za 20 lat, czy nasza współczesność nie okaże się równie wdzięcznym materiałem do parodii...) i nie upiększa ich ("mieliśmy AIDS i Reagana" - mówi jedna z postaci), z drugiej - to wtedy nasi bohaterowie byli piękni, młodzi, nieodpowiedzialni, mieli życie przed sobą. Ale z trzeciej - ta młodość nie wydaje się tu tak jednoznacznie szczęśliwa... przy całej swojej wesołkowatości i zmasowanym ataku dowcipów nie jest to wcale taki radosny film.