Adaptacja słynnego opowiadania Tomasza Manna. Mamy rok 1911. Do Wenecji przyjeżdża na wypoczynek monachijski kompozytor Gustaw von Aschenbach (Bogarde). Jest w marnej kondycji zarówno fizycznej, jak i psychicznej: choruje na serce, przeżył straszną tragedię osobistą, a jego ostatni utwór został wzgardliwie odrzucony przez publiczność.
W eleganckim hotelu na Lido, gdzie się zatrzymuje, dostrzega zjawiskowo urodziwego chłopca Tadzia (Andrésen) przebywającego tu ze swoją matką, polską arystokratką, i młodszymi siostrami. Ów blondwłosy efeb staje się następnie obiektem jego niemej adoracji, zauroczenia, namiętnej fascynacji - choć ich znajomość nie wykroczy poza wymianę porozumiewawczych spojrzeń (to i tak dużo: w oryginale Tadzio jest całkiem niewinny i naiwny, jakby nieświadomy wrażenia, jakie robi jego uroda - tu jest niemal zalotny). To dla niego Aschenbach nie opuści Wenecji mimo rozprzestrzeniającej się w mieście (i ukrywanej skrzętnie przez władze, by nie spłoszyć turystów) zarazy. Wprawdzie podejmie próbę wyjazdu, ale z widoczną radością z niego ostatecznie zrezygnuje.
Relacja między starzejącym się artystą a pięknym jak anioł chłopcem choć na pierwszy rzut oka wydaje się rodzajem erotycznej obsesji, jest w rzeczywistości subtelniejsza i bardziej skomplikowana. Homoseksualny trop, choć wyraźny, nie jest tu jedyny. Mamy tu również niemal gombrowiczowski zachwyt, jakim starość darzy młodość, desperacką pogoń za bezlitośnie uciekającym życiem, zafascynowanie wcielonym ideałem estetycznym. Może nawet chęć zaczerpnięcia zeń siły witalnej, która wspomoże słabnącą wenę twórczą.
Z oglądanego wieki temu (teraz tylko odświeżonego) filmu zapamiętałem głównie dwie sceny: Aschenbacha, siedzącego na plaży w starannie, na ostatni guzik zapiętym ubraniu, obserwującego tętniące wokół życie, nieuczestniczącego, osobnego - niewiele widziałem w kinie tak prostych, a jednocześnie przejmujących obrazów samotności, odosobnienia artysty. No i to, że gdy umierał - w groteskowym, żałosnym, rozmazującym się makijażu - na krótki moment się uśmiechnął. Czy pogodził się ze śmiercią, gdyż w końcu zaakceptował życie? Czy zrozumiał, że dualizm duchowości i zmysłów, o który toczył zawzięte (choć raczej mało inspirujące) dyskusje ze swoim przyjacielem, jest pozorny?
W tym majestatycznie powolnym, operującym długimi ujęciami i nieco operowym filmie wszystko łatwo staje się symbolem. Czy ogarniająca Wenecję (miasto już przecież umierające) zaraza nie jest metaforą zbliżającej się zagłady? Visconti - sam potomek arystokratycznego rodu - doskonale wiedział, jak smakuje dekadencja i czym jest koniec świata. Nie całego oczywiście - jakiegoś świata.
"Śmierć w Wenecji" przeznaczona jest dla widzów, którzy w kinie cenią nastrój, potrafią go chłonąć i nie przeszkadza im ślamazarne tempo akcji; przeciwnie, ułatwia ekranową kontemplację i pozwala cieszyć się - że się tak paradoksalnie wyrażę - atmosferą łagodnego smutku. Każdy też chyba doceni znakomite zdjęcia (czy bardziej ogólnie - wizualny styl Viscontiego) czy przepiękną muzykę Mahlera (który w ogóle miał być pierwowzorem Aschenbacha). Ale znam ludzi, którzy uważają film za dęty i pretensjonalny - klasyczny przykład wytwornego nudziarstwa. Sprawdzić w każdym razie warto.