Paru zbiegom okoliczności i dobrym znajomościom Lorenzo de Ponte zawdzięczał to, że zamiast (w najlepszym wypadku) trafić do więzienia, mógł wyjechać z Wenecji i mimo zszarganej opinii "wiecznie sprawiającego kłopoty księdza libertyna" mógł zacząć w Wiedniu nowe życie. Przypadek i dobre kontakty zaważyły też na tym, że w Wiedniu trafił od razu na kompozytora Salieriego i samego cesarza, który od razu zaoferował mu współpracę z "szalonym" Mozartem. Historia XVII-wiecznej kultury pełna jest takich przypadków, bez których - dowodzi Carlos Saura - nie powstałoby również jedno z arcydzieł opery, czyli "Don Giovanni".
Sam film, w którym de Ponte (Balducci) zachowuje się jak grzeczny młodzieniec, a rozkapryszony Mozart (Guanciale) - jak genialnie uzdolnione dziecko, które nie umie dorosnąć, arcydziełem jednak nie jest. Na naszych oczach rodzą się kolejne fragmenty opery, na naszych oczach powstaje zlepiona z kiczowatych fantazji i równie kiczowatych doświadczeń Lorenza fabuła, kłócą się operowe gwiazdy, wtrącają możni ówczesnego świata Tylko czemu to wszystko ma służyć?
Co gorsza, drażni przyjęta przez Saurę forma - mimo rozbuchanych dekoracji i strojów świadomie niefilmowa, utrzymana w konwencji umownej opery, ostentacyjnie podkreślająca swoją sztuczność. W takiej dawce, przez ponad dwie godziny, nawet rozbrzmiewającą z ekranu muzykę Mozarta trudno doprawdy znieść.