Salt ***

Paweł Mossakowski
2010-08-27, ostatnia aktualizacja 2010-08-26 13:00
Salt
Salt

USA 2010. Reż. Phillip Noyce. Aktorzy: Angelina Jolie, Daniel Olbrychski, Liev Schreiber, Chiwetel Ejiofor

ZOBACZ TAKŻE
Filmy
Mieszanka szpiegowskiego thrillera i kina akcji, będąca jakby "Bourne'em" w wydaniu kobiecym, gdzie Angelina Jolie, wymierzając ciosy karate i soczyste kopniaki, strzelając z bazooki i odpalając ładunki wybuchowe, rozprawia się z nieprzeliczonymi tłumami przeciwników. Ale "ideowo" czy "politycznie", jeśli można tu użyć takich określeń, cofamy się do Bonda z okresu zimnej wojny: głównym wrogiem Ameryki jest znowu Rosja kontynuująca niesławne tradycje Związku Radzieckiego. Zwolennicy teorii spiskowych - zwłaszcza tych, które głoszą wszechobecność "sowietów" - będą mieli tu używanie.

Jolie gra wytrawną agentkę CIA nazwiskiem Salt, która pewnego dnia ma przesłuchać przybyłego dobrowolnie do siedziby agencji oficera KGB (bardzo sugestywny Daniel Olbrychski). Ów w trakcie rozmowy ostrzega, że CIA ma w swoich szeregach głęboko uśpionego agenta wychowanego w elitarnej radzieckiej szkole, który zamierza wkrótce dokonać zamachu na prezydenta Rosji i w ten sposób sprowokować międzynarodowy konflikt zbrojny, i że jest nim nie kto inny, tylko nasza Salt! Ponieważ jej zwierzchnicy i koledzy (Schroeiber i Ejiofor) dają wiarę tym rewelacjom, Salt musi uciekać...

Intrygująco zaczynający się "Salt" jest właściwie jedną długą (i bardzo szybką) ucieczką, w trakcie której Jolie potrafi jednak ekipę pościgową (i nie tylko ją) boleśnie uderzyć - z jej ręki pada, lekko licząc, kilkudziesięciu facetów. Jolie ma w tym wprawę - była wszak dwukrotnie Larą Croft, zawodową zabójczynią w "Pan i pani Smith", członkinią bezwzględnego Bractwa w "Wanted. Ścigani" itp. Jej rola była zresztą pierwotnie przeznaczona dla Toma Cruise'a i chwała Bogu, że odmówił - z męską gwiazdą "Salt" byłby czystą rutyną, filmem zupełnie tuzinkowym.

Co nie znaczy, że z piękną Angeliną staje się od razu czymś oryginalnym czy nawet udanym. Owszem, ma swoje zalety: zawrotne tempo, energię, zręcznie zainscenizowane i niekiedy pomysłowe sceny - widać, że reżyser Phillip Noyce (autor m.in. "Czasu patriotów" i "Stanu zagrożenia") jest pierwszorzędnym fachowcem. Woli on też (a ja wraz z nim) oldskulową kaskaderkę od komputerowych efektów specjalnych, które dawkowane są tu nadzwyczaj oszczędnie.

Ale "Salt" jest też niestety kompletnie niedorzeczny: z postaciami, które postępują bez sensownej motywacji (a niekiedy wbrew swoim oczywistym interesom), nadmiernie rozmnożonymi zmianami lojalności (podwójny agent, potrójny, poczwórny...) i zupełnie nieprawdopodobnymi - nawet jak na ten gatunek - rozwiązaniami. Niektóre bzdury są widoczne od razu gołym okiem, inne - wskutek tempa ekranowych wydarzeń - odkrywamy dopiero w retrospekcji; "współczynnik bzdurności" rośnie zresztą w miarę rozwoju akcji, kumulując się w absurdalnym (po części ze względu na planowany sequel) zakończeniu.

Przez znaczną część filmu nie wiemy też, którą stronę reprezentuje tak naprawdę Salt (wiele przesłanek świadczy przeciwko niej, a jedyny argument, jaki mamy, to taki, że gwiazda tego formatu nie może być przecież "antybohaterem", no i że zawsze lepiej stać za piękną kobietą niż ponurymi typami z CIA), co jest pomysłem ciekawym, ale kosztownym. Gdy nie wiemy, czy mamy życzyć Salt, aby się uratowała, czy też żeby ją dopadli, oglądamy film bez specjalnego zaangażowania, jakby z boku: jako serię efektownych popisów wykonywanych w emocjonalnej próżni.