Kolejny brawurowo roztańczony filmowy produkt, który nie przypadkiem zachwala telewizyjny spec od programów o tańcu Michał Piróg. Nie o kino tu chodzi, nie o fabularno-psychologiczne wygibasy, ale o tryskający kolorami teledysk, który zaopatrzonego w okulary 3D widza ma wprowadzić w trans. Czy wprowadza?
Jeśli ktoś ma już po dziurki w nosie historii młodych ludzi z ulicy, którzy "spełniają marzenia" (jedno z haseł reklamowych filmu) przez taniec i dzięki sztuce ulicy szlifują taneczne rzemiosło i nastoletnie charaktery, będzie zapewne znużony. Kto niespecjalnie wierzy w harlequinowe miłości od pierwszego wejrzenia - tym razem, a jakże, między grzecznym chłopcem z baletu i niegrzeczną dziewczyną zbierającą grupę ulicznych tancerzy, którzy mają wystąpić w konkursie - ten może kręcić nosem.
Paradoksalnie jednak, pomysł wyjściowy wyglądał tu całkiem obiecująco: oto dzięki ekscentrycznej trenerce w szkole baletowej (jak zawsze dystyngowanie zimna Charlotte Rampling) taniec klasyczny miał wejść w dialog z tańcem hip-hopowym, wyrafinowana sztuka miała pożenić się ze sztuką ulicy, bogate prymusy z wyższej sfery miały znaleźć wspólny język z nastolatkami "z nizin". Scenarzysta poniósł jednak porażkę: nie miał pojęcia, jak to spotkanie w filmie przeprowadzić, więc uciekł w zasadę przeskoków - nie wiadomo, dlaczego jedni przestają się opierać drugim, dlaczego rywalizacja zmienia się we współpracę i czemu wszystko dzieje się tak łatwo. Sukces odniósł za to choreograf - finałowy baletowo-uliczny taniec udowadnia faktycznie, że i tym od "Jeziora łabędziego", i tym od klubowych wygibasów chodzi w gruncie rzeczy o to samo, bo przecież liczy się - jak mówi Rampling - tylko to, że "jest scena, są widzowie i są emocje".
Chciałbym zobaczyć o tym prawdziwy film, a nie rozdęty klip, nawet jeśli ten jest tak uwodzicielsko trójwymiarowy.