Kolejna uwspółcześniona wersja historii chłopca, który z nieudacznika staje się mistrzem, ma co najmniej kilka smaczków. Po pierwsze, wbrew tytułowi, nie karate uczy się nasz sympatyczny dwunastolatek, ale kung-fu. Po drugie, swoją najważniejszą przygodę przeżywa w Chinach, które okazują się w filmie - dla Dre (Smith) i jego matki - ziemią obiecaną. Daleki kraj obiecuje zresztą tak wiele, że chwilami ma się wrażenie, jakby remake słynnego hitu z lat 80. pełnił jedynie funkcję ponaddwugodzinnego folderu reklamowego Chińskiej Republiki Ludowej. Jest jeszcze smaczek trzeci, czyli wygimnastykowany syn Willa Smitha w roli głównej, chłopak o buchającej co chwilę energii z tendencją do ADHD, sympatycznie roznoszący ekran, radośnie wystylizowany i pięknie nieświadomy, w jak dziwaczny produkt został na siłę wtłoczony.
Fabułę podrasowano nie na tyle, by kogokolwiek zaskoczyła. Dre w obcym kraju dostaje baty od starszych chłopaków, trafia jednak w ręce przeżywającego kolejne stadia alkoholowej depresji mistrza (ładnie nonszalancki Jackie Chan) i pod jego okiem uczy się do zawodów w kung-fu. Zanim powalczy w finale filmu z kolegami ze zdecydowanie innej kategorii wagowej, wzrostowej i wiekowej, zakocha się w koleżance zapowiadającej się na genialną skrzypaczkę, zacznie uczyć się chińskiego, a przede wszystkim odkryje, że cierpliwość i pokora popłacają.
Niebotycznie to wszystko wzruszające, ciepłe i słuszne. Po popisie szlachetnej walki fair play najbardziej zajadły zbir z Chin ukorzy się, pokłoni i przejdzie na stronę dobra. Gdybyż tylko świat był rzeczywiście tak prosty
Nieco płytka ta recenzja. Karate Kid to nie jest górnolotne, wymagające kino, to jest film, na który można pójść z dzieckiem i się przy tym zbytnio nie nudzić. Mimo wszystko jednak - fajnie »