Nie czytałem bestsellerowej książki Elizabeth Gilbert, na której "Jedz, módl się, kochaj" zostało oparte, ale jeśli jest rzeczywiście tak mądra, jak mówią, to bardzo dużo musiało zostać "zagubione w tłumaczeniu" jej na język filmu. To zresztą częste w przypadku bestsellerów, zwłaszcza gdy jego autor/ka ma wpływ na kształt scenariusza. Nie rozumiejąc specyfiki filmu, nie pozwala nic zmienić, nic skrócić, chce mieć dokładnie to samo - tylko że zapisane na ekranie, nie na kartkach. Podejrzewam, że właśnie tak było i teraz. W efekcie dostaliśmy film straszliwie rozwlekły, niewyobrażalnie wprost nudny, do tego najeżony pretensjonalnymi maksymami o konieczności wewnętrznego wyciszenia, życiu w harmonii, wewnętrznej prawdzie itp. Okropność!
Nowojorska pisarka Liz - alter ego autorki grane przez Julię Roberts - rozstaje się z mężem Stephenem (Crudup). Powody jej decyzji nie są dla mnie całkiem jasne, największym przewinieniem małżonka jest to, że chce rzucić nieciekawą pracę i wrócić na studia, ale rozumiem, że Liz jest już nieco zniecierpliwiona jego generalnym życiowym rozmemłaniem i dreptaniem w miejscu. Potem po szybkim, acz też niesatysfakcjonującym romansiku z off-broadwayowskim aktorem Liz postanawia wyjechać w długą podróż po świecie będącą też oczywiście podróżą w głąb siebie, która ma pomóc jej w ustaleniu, kim jest, jakie jest jej miejsce na ziemi, czego właściwie chce itp.
Każdy z trzech etapów podróży (Włochy, Indie, Indonezja) odpowiada z grubsza trzem członom tytułu. We Włoszech Elizabeth uczy się więc nie tylko języka, ale też właściwego smaku spaghetti (pasjonujące!) oraz trudnej sztuki nieróbstwa. W Indiach medytuje w aśramie, poznaje uzdrowionego alkoholika (Jenkins), który wprost zasypuje ją życiowymi mądrościami (przede wszystkim o konieczności wybaczania sobie), oraz zaprzyjaźnia się z hinduską dziewczyną przymuszaną wbrew własnym planom do małżeństwa (jedyny prawdziwy konflikt w tym flakowatym, oddramatyzowanym filmie). Wreszcie w Indonezji spotyka seksownego brazylijskiego rozwodnika (Bardem). Ale to jeszcze nie koniec...
Nie wiem, co w tym wszystkim najgorsze. Czy monstrualna długość filmu (135 minut), która sprawia, że zaczynamy pojmować pojęcie wieczności i częściej niż na ekran patrzymy na zegarek? Czy to, że pozoruje mistyczną głębię będąc w istocie połączeniem harlequina i filmu turystycznego? Czy to, że ma wyjątkowo antypatyczną bohaterkę - rozkapryszoną damulkę z Nowego Jorku, której nie interesuje nic oprócz aktualnego stanu jej emocji i która podczas swojej wędrówki znajduje filozoficzną podbudowę swojego egoizmu? Tak czy inaczej - chała nieziemska.
Panie Pawle, ja czytałam książkę, jest tak samo beznadziejnie nudna i rozwlekła jak film, poruszane w niej problemy pseudoegzystencjalne godne są 16-latki, a nie dojrzałej kobiety... »
Zależy od oczekiwań i poszukiwań .... Uwielbiam Javera Bardem`a i to był impuls by zobaczyć film. Nie czytałam książki, więc nie wiem z jakiego materiału korzystał scenarzysta, ale to co »
bardzo chciałam obejrzeć ten film, ale po waszych opiniach teraz trochę zmieniam zdanie. szczerze jakiś czas temu miałam ochote sie wyrwac z ponurej jesiennej rzeczywistosci i obejrzec cos w»