Jedz, módl się, kochaj **

Paweł Mossakowski
2010-09-30, ostatnia aktualizacja 2010-09-30 17:44
Julia Roberts na planie
Julia Roberts na planie "Jedz, módl się, kochaj"
AP/ANGELO CARCONI

USA 2010 (Eat, Pray, Love). Reż. Ryan Murphy. Aktorzy: Julia Roberts, James Franco, Richard Jenkins, Javier Bardem, Billy Crudup

Nie czytałem bestsellerowej książki Elizabeth Gilbert, na której "Jedz, módl się, kochaj" zostało oparte, ale jeśli jest rzeczywiście tak mądra, jak mówią, to bardzo dużo musiało zostać "zagubione w tłumaczeniu" jej na język filmu. To zresztą częste w przypadku bestsellerów, zwłaszcza gdy jego autor/ka ma wpływ na kształt scenariusza. Nie rozumiejąc specyfiki filmu, nie pozwala nic zmienić, nic skrócić, chce mieć dokładnie to samo - tylko że zapisane na ekranie, nie na kartkach. Podejrzewam, że właśnie tak było i teraz. W efekcie dostaliśmy film straszliwie rozwlekły, niewyobrażalnie wprost nudny, do tego najeżony pretensjonalnymi maksymami o konieczności wewnętrznego wyciszenia, życiu w harmonii, wewnętrznej prawdzie itp. Okropność!



Nowojorska pisarka Liz - alter ego autorki grane przez Julię Roberts - rozstaje się z mężem Stephenem (Crudup). Powody jej decyzji nie są dla mnie całkiem jasne, największym przewinieniem małżonka jest to, że chce rzucić nieciekawą pracę i wrócić na studia, ale rozumiem, że Liz jest już nieco zniecierpliwiona jego generalnym życiowym rozmemłaniem i dreptaniem w miejscu. Potem po szybkim, acz też niesatysfakcjonującym romansiku z off-broadwayowskim aktorem Liz postanawia wyjechać w długą podróż po świecie będącą też oczywiście podróżą w głąb siebie, która ma pomóc jej w ustaleniu, kim jest, jakie jest jej miejsce na ziemi, czego właściwie chce itp.

Każdy z trzech etapów podróży (Włochy, Indie, Indonezja) odpowiada z grubsza trzem członom tytułu. We Włoszech Elizabeth uczy się więc nie tylko języka, ale też właściwego smaku spaghetti (pasjonujące!) oraz trudnej sztuki nieróbstwa. W Indiach medytuje w aśramie, poznaje uzdrowionego alkoholika (Jenkins), który wprost zasypuje ją życiowymi mądrościami (przede wszystkim o konieczności wybaczania sobie), oraz zaprzyjaźnia się z hinduską dziewczyną przymuszaną wbrew własnym planom do małżeństwa (jedyny prawdziwy konflikt w tym flakowatym, oddramatyzowanym filmie). Wreszcie w Indonezji spotyka seksownego brazylijskiego rozwodnika (Bardem). Ale to jeszcze nie koniec...

Nie wiem, co w tym wszystkim najgorsze. Czy monstrualna długość filmu (135 minut), która sprawia, że zaczynamy pojmować pojęcie wieczności i częściej niż na ekran patrzymy na zegarek? Czy to, że pozoruje mistyczną głębię będąc w istocie połączeniem harlequina i filmu turystycznego? Czy to, że ma wyjątkowo antypatyczną bohaterkę - rozkapryszoną damulkę z Nowego Jorku, której nie interesuje nic oprócz aktualnego stanu jej emocji i która podczas swojej wędrówki znajduje filozoficzną podbudowę swojego egoizmu? Tak czy inaczej - chała nieziemska.



  • Jedz, módl się, kochaj ** maaleksandra 02.10.10, 00:13

    Panie Pawle, ja czytałam książkę, jest tak samo beznadziejnie nudna i rozwlekła jak film, poruszane w niej problemy pseudoegzystencjalne godne są 16-latki, a nie dojrzałej kobiety... »

  • Jedz, módl się, kochaj ** aniawilczynskaltd 18.10.10, 15:23

    Zależy od oczekiwań i poszukiwań .... Uwielbiam Javera Bardem`a i to był impuls by zobaczyć film. Nie czytałam książki, więc nie wiem z jakiego materiału korzystał scenarzysta, ale to co »

  • Jedz, módl się, kochaj ** melania37 21.10.10, 14:58

    bardzo chciałam obejrzeć ten film, ale po waszych opiniach teraz trochę zmieniam zdanie. szczerze jakiś czas temu miałam ochote sie wyrwac z ponurej jesiennej rzeczywistosci i obejrzec cos w»