Owszem, znakomity szwedzki oryginał sprzed dwóch lat Amerykanie (we współpracy z Anglikami) popsuli, ale spodziewałem się, że popsują jeszcze bardziej. A jednak nie ma rady, amerykańska publiczność nie lubi niejednoznaczności, więc wszystko to, co u Tomasa Alfredsona było niedopowiedzianą grą z horrorowym schematem, w filmie Matta Reevesa zostaje pokazane w całej krasie.
Widzimy więc dokładnie, jak główna bohaterka - sympatyczna wampirzyca (Moretz) - przegryza swoim ofiarom tętnice, jak zmienia się pod wpływem krwi w skaczące zwierzę i fika po murach niczym postać z kreskówki. Świadomie nieefektowne "łowy" jej dorosłego opiekuna tracą swój przaśny "wdzięk" i zmieniają w klasyczne niemal (choć cały czas "wampiryczne") morderstwa, tyle że dokonywane przez zmęczonego życiem zabójcę (Jenkins). Wszystkiego jest tu zresztą więcej - odciętych kończyn, krwi, a nawet przemocy, której doświadcza nastoletni Owen (McPhee) ze strony kolegów. Jednak odwaga ma tym razem swoją granicę - w jednej ze scen, gdy wampirzyca wychodziła spod prysznica, widać było w oryginale jej - mówiąc oględnie - nietypową budowę anatomiczną. W filmie Reevesa tej sceny zabrakło - najwyraźniej za oceanem jedynie czerwonej farby używać można do woli.
Na szczęście nie tylko pod względem fabularnym autorzy remake'u idą za pierwowzorem dość wiernie i nie boją się powtarzać nawet podobnych ujęć. Dzięki temu nowe "Pozwól mi wejść" to nie horrorowy produkcyjniak z wampirami w tle, ale sprawna rekonstrukcja przypowieści o nadwrażliwych, poniżanych nastolatkach, którzy w bezwzględnym świecie muszą radzić sobie na własną rękę. Wyjątkowo cieszy mnie jednak decyzja konkurencyjnego dystrybutora, który tego samego dnia po raz kolejny wprowadza do kin szwedzki pierwowzór Andersona. Bo po co oglądać podróbkę, skoro można oryginał?