Trudno nie odnieść wrażenia, że debiutujący w roli reżysera Cezary Pazura o polskich widzach ma jak najgorsze zdanie. Trzeba bowiem dużej dezynwoltury, by przez dwie godziny wciskać publiczności kit za kitem - że wojny gangów i narkotykowe interesy to w naszym pięknym kraju zabawa w piaskownicy, że fabuła rozepchnięta wlokącymi się w nieskończoność scenami udawać może kino akcji i że zlepek nieudolnych obrazków przypominających harce amatorów z blokowiska to już film.
Widownia, niestety, aż tak głupia nie jest - na pokazie przedpremierowym panowała atmosfera stypy (ci, którzy tej błazenady znieść nie mogli, wychodzili w trakcie seansu), a przecież "Weekend" miał być w zamierzeniu komedią. Niektóre złe filmy faktycznie śmieszą, ten nie - trudno nie współczuć ratującym się manierycznymi grymasami aktorom (z Janem Fryczem w roli skorumpowanego policjanta na czele), trudno nie zastanawiać się refleksyjnie, dlaczego wyjątkowo kosztowne podobno efekty specjalne wyglądają tak prowincjonalnie, a na dodatek trudno nie zastanawiać się, kto wmówił scenarzyście, że dialogi gorsze niż w "Na Wspólnej" staną się od razu finezyjne, gdy wstawi się w środek parę tuzinów wyrazów na "k".
Miotają się więc po ekranie gangsterscy idioci (prym wiodą Małaszyński i Lewandowski), rywalizują w poziomie głupoty (i to nie tylko z bandą "Cyganów"), udają rosyjskich mafiosów (Sapryk), eksponują wielkie brzuchy (Lubaszenko), w pijackim amoku szukają broni (brat reżysera Radosław Pazura) i prezentują kiepską znajomość urządzeń technicznych (Wilczak). Od tępych żartów z wielkich stóp wypindrzonej nastolatki (Karczmarczyk) przechodzimy do równie tępych żartów o gejach (Tyndyk), których jest na ekranie całkiem sporo, ale tylko dlatego, że trzeba w finale podkreślić dobitnie, że prawdziwy gangster "pedałem" być jednak nie może.
W tym samym finale, do którego nieliczni być może dotrą, jest zresztą wisienka na torcie, czyli bezczelnie niezdolna i drewniana Edyta Zając w rólce (wyłącznie niestety) epizodycznej. Gdyby przyznawano w Polsce Złote Maliny, byłaby pewniakiem, ale i reżyserowi coś ważnego się przecież udało - dopiero początek stycznia, a "Weekend" ma już ogromne szanse na tytuł najgorszego polskiego filmu roku.