Ta historia wydarzyła się naprawdę: 27-letni Aron Ralston (Franco), inżynier z zawodu, wspinacz z zamiłowania, poszukiwacz przygód z temperamentu, wyrusza na weekendową wyprawę w góry Utah (sądząc ze zdjęć, jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi). Po bardzo przyjemnym początku wycieczki (wspólna kąpiel w podziemnym jeziorze z dwiema turystkami) Aronowi przytrafia się fatalny wypadek - osuwa się w wąską szczelinę skalną, a jego prawa ręka zostaje przygnieciona przez potężny głaz. Nie może zrobić ruchu, wołanie o pomoc nic mu nie da, bo wokół nie ma żywej duszy, nie zabrał też ze sobą komórki (a nawet, gdyby ją miał, to nie bardzo by mu się nie przydała: brak zasięgu). Ma bardzo ograniczone zapasy żywności i wody, małą kamerę wideo (którą może zarejestrować coś w rodzaju pożegnania) oraz kiepski chiński scyzoryk (jedna z nauk płynących z filmu jest taka, że nie należy brać ze sobą nędznych podróbek, ale solidne oryginały, najlepiej szwajcarskiej produkcji). Na domiar złego Aron - człowiek beztroski i chyba nadmiernie pewny siebie - nie powiadomił nikogo, gdzie idzie, więc nie może liczyć na odsiecz. Wygląda więc na to, że czeka go już tylko powolne konanie
Przez zdecydowaną większość "127 godzin" oglądamy j e d n e g o człowieka uwięzionego w j e d n y m klaustrofobicznie ciasnym miejscu - wydawałoby się więc, że sytuacja jest kompletnie niefilmowa, zbyt statyczna, zbyt przestrzennie ograniczona. A jednak Danny'emu Boyle'owi (zeszłorocznemu zwycięzcy Oscarów za "Slumdog Millionaire") udało się zbudować wewnątrz niej film żywy, emocjonujący i piekielnie intensywny (choć przyznam, że w nieco podobnym "Czekając na Joe" napięcie było jednak silniejsze). I - co już graniczy z cudem - będący spektaklem fascynującym wizualnie.
Wielka w tym zasługa nie tylko aktora (przedtem niewykazującego się jakimiś wielkimi osiągnięciami) i reżysera, ale też operatorów i montażysty. "127 godzin" nie poprzestaje na rejestracji "od zewnątrz" desperackich i nieco beznadziejnych wysiłków Arona, aby wydostać się z pułapki (co byłoby rzeczywiście na dłuższą metę nużące). Sięga on również do świata jego wewnętrznych przeżyć: oglądamy jego wspomnienia i marzenia, potem, gdy jest już wyczerpany i odwodniony - także halucynacje. Wszystko to w nieco wideoklipowej konwencji, w błyskawicznym tempie, często na podzielonym ekranie. W pewnym momencie, gdy Aron wyobraża sobie siebie jako zarazem gospodarza i gościa telewizyjnego show, otrzymujemy jeszcze próbkę pierwszorzędnego humoru - choć, jak łatwo się domyślić, o mocno czarnym zabarwieniu.
UWAGA: DALSZA CZĘŚĆ RECENZJI ZAWIERA TZW. SPOILER, WIĘC CZYTELNIKÓW NIEZNAJĄCYCH ZAKOŃCZENIA TEJ HISTORII PROSIMY O ZAKOŃCZENIE LEKTURY!
Jest to "spoiler" raczej względny, gdyż na długo przed obejrzeniem filmu słyszałem już zdanie, że to "o takim kolesiu, który uciął sobie rękę". No i właściwie niemal od początku jest raczej oczywiste, że jedynym wyjściem jest tu autoamputacja przygniecionej kończyny. Aron więc urzyna sobie rękę przy pomocy ww. chińskiego barachła, tępego nożyka - i jest to scena rzeczywiście potworna (jeszcze ten dźwięk!). Mało który widz nie odwróci oczu, ale nie ma w tym filmowego sadyzmu - wprost przeciwnie. Współczesne kino zdehumanizowało ludzkie ciało, bez wielkich wahań pokazuje się urywanie kończyn, obcinanie głowy czy rozprucie brzucha. Film Boyle'a uświadamia nam boleśnie, jak bardzo kruchym i wrażliwym instrumentem dysponujemy.
Czym jest "127 godzin"? Oczywiście przede wszystkim opowieścią o przetrwaniu, powiedziałbym, że w perwersyjny sposób optymistyczną. Jednak też portretem ryzykanta, który nauczył się cenić życie - a przy tym diabelnie twardego i odważnego człowieka. "Odwaga" i "chęć przeżycia" są na ogół traktowane przeciwstawnie - bohaterskich czynów dokonuje się, przezwyciężając, a przynajmniej tłumiąc, instynkt samozachowawczy. Tu stapiają się w jedno.
Niesamowity film.