Jeśli reżyserzy debiutanci czymś grzeszą w Polsce najczęściej, to zachowawczością - są ostrożni do bólu, przewidywalni, zatrważająco nijacy. Jan Komasa do tej grupy nie należy. W "Sali samobójców" - debiucie mocnym i ważnym - udowadnia przede wszystkim, że reżyserski fach ma w małym palcu: ogląda się ten film (nie przypadkiem pokazywany w Berlinie w prestiżowej sekcji Panorama Special) jak światowe kino. Ale Komasa na tym nie poprzestaje - idzie pod włos i brawurowo ryzykuje, próbuje "wąchać" czas, w którym żyje, i opowiada o młodości zakotwiczonej tu i teraz, niepokornej i naiwnej jednocześnie.
Taką właśnie młodość manifestuje szykujący się do matury Dominik (Jakub Gierszał to kolejne odkrycie polskiego kina) - nosi charakterystyczne włosy z długą grzywką, ubiera się z hipsterską nonszalancją i zgrywa pewnego siebie chłopca z nadprzeciętnego domu. Nie każdy nastolatek chodzi przecież do prywatnej szkoły dla bogatych, nie każdy wożony jest przez szofera i nie każdy zakłada na studniówkę garnitur od modnego projektanta. A jednak Komasa dość szybko tę pewność siebie bohatera rozbraja - Dominik sam nie wie, kim jest: seksualnie (zakochuje się w koledze czy tylko prowadzi z nim biseksualną grę?), towarzysko (gdy zostaje upokorzony na Facebooku, balon pychy pęka od razu), rodzinnie. A skoro nie wie, "chowa się" w internecie - tu jest tylko awatarem, który razem z innymi anonimowymi użytkownikami komputerów bezradnie zatapia się w wirtualnym świecie.
Tych podróży w wirtualność (sporą część filmu stanowią animowane fragmenty) jest zdecydowanie - przyznaję - za dużo. Zbyt mocno skupia się Komasa na relacji Dominika z internetową koleżanką Sylwią (Gąsiorowska), bo przecież ten związek - a może tylko fantazja na temat związku? - jest świadomie płytki, oparty na powtarzanych jak zaklęcia banałach ("świat jest zły"). Nawet świetnie zarysowani (i fenomenalnie grani przez Agatę Kuleszę i Krzysztofa Pieczyńskiego) rodzice stają się w pewnym momencie tylko groteskową wizją ojca i matki, którą od nastolatka dzieli przepaść.
Z drugiej strony tak właśnie widzi rzeczywistość Dominik. To on kreuje Sylwię na "heroinę", choć to tylko manierycznie powtarzająca truizmy przeciętna dziewczyna z blokowiska. To on stawia mur między sobą i rodzicami, wyśmiewając ich nieprzystawalność do dzisiejszego świata (a nie trzeba kursu z Facebooka, by wiedzieć, że internet można wyłączyć). Bo Komasa - co okazuje się w "Sali samobójców" najciekawsze - wcale nie jest w swoich bohaterach zakochany. On tę rozedrganą, chwytającą się mrzonek młodość świetnie rozumie, co nie znaczy, że pokazuje bez ironii i rozgrzesza.
Łatwo oczywiście ten film zbanalizować, może nawet wyśmiać. Ja widzę w nim hipnotycznie szczery, upiornie wgryzający się w pamięć, działający głównie przez emocje portret młodzieńczej choroby dorastania. Zmieniają się - pokazuje Komasa - okoliczności i gadżety, narzędzia i taktyki, ale młodość zawsze boli tak samo. Od wieków jest w tym bólu coś banalnego, pretensjonalnego. Ale czy to znaczy, że nieautentycznego?
Moja słabość do młodego polskiego kina, o której czytelnicy "Gazety Co Jest Grane" wiedzą doskonale, każe mi więc dorzucić w ocenie "Sali samobójców" - mimo wszystkich moich zastrzeżeń do filmu - piątą gwiazdkę. Na wyrost oczywiście (czwórki z plusem dać nie mogę), ale z nadzieją, że to właśnie Jan Komasa w tym kinie jeszcze nieźle namiesza.