Miss Kicki ****/ Wszystko **

PAWEŁ T. FELIS
2011-04-08, ostatnia aktualizacja 2011-04-06 22:36
mat. prasowe

Szwecja, Tajwan 2008. Reż. Hakon Liu. Aktorzy: Pernilla August, Ludwig Palmell, Huang He River.


mat. prasowe
mat. prasowe
ZOBACZ TAKŻE
Tytułowa Kicki (August) jest Szwedką, ale gdy jej syn Victor miał cztery lata, wyjechała do pracy do Ameryki. Po kilkunastu latach wraca, tyle że raczej z poczuciem zawodu. Wychowywany przez babkę syn zdążył stać się nastolatkiem indywidualistą i traktuje matkę z łatwo zrozumiałym dystansem. Nie udało się w Stanach ani zarobić fortuny, ani zdobyć męża - erzacem związku pozostaje internetowa znajomość z biznesmenem z Tajpej panem Chanem. Pomysł, by matka wyjechała z synem na tygodniowe wakacje (podsunęła go babka z komentarzem: "Ja płacę!"), wydaje się świetną okazją, by zbliżyć się do Victora, a jednocześnie osobiście poznać internetową miłość.

Celem podróży okazuje się bowiem Tajpej - miasto tyleż piękne, co, jak się okaże w finale, niebezpieczne. Ale Victor i Kicki w stolicy Tajwanu głównie się nudzą: ona zabija czas podczas wieczorów z alkoholem, on (Palmell) włóczy się po mieście i poznaje kolegę, który każdego dnia "pożycza" sobie inny motor ("ale zawsze oddaję!"). Jest w tym oczywiście dużo oczywistości: "obce" miasto wyostrza jeszcze bardziej "obcość" w rodzinie, łatwiej o kontakt z nieznajomym niż z matką/synem. Mam zresztą wrażenie, że mimo naiwnego, sentymentalno-kryminalnego finału Victor i Kicki tak naprawdę nie spotykają się nigdy - ale jako osobne postaci fascynują.

Kicki przyzwyczaiła się do życia chwilą i pielęgnuje głównie mrzonki: jedną z nich okaże się, czego nietrudno się domyślić, pan Chan. Victor czegoś szuka, nie rozpoznaje jeszcze sam siebie, ale jego pogodna twarz każe przypuszczać, że w życiu sobie poradzi. A może rodzina - i taki, nieco prowokacyjny wniosek można w końcu z filmu wysnuć - nie jest do tego potrzebna?

Razem z "Miss Kicki" wyświetlany jest w kinach inny, 15-minutowy polski film Artura Wyrzykowskiego "Wszystko", który już zyskał etykietkę pierwszej polskiej produkcji sponsorowanej przez internautów. Produkcja jest jednak nad wyraz skromna, w sensie artystycznym zwłaszcza. On (Banasiuk) kocha się w niej (Żmuda-Trzebiatowska), ale ona ma chłopaka. On chciałby, by nie łapała go za nos jak kumpla, a ona nie wie (do czasu oczywiście), że on widzi w niej kogoś więcej niż przyjaciółkę. W sumie irytująca (warsztatowo również) historyjka jak z pamiętnika staromodnego nastolatka, która ma jeden atut: piosenkę Happysad.