Tytułowa Kicki (August) jest Szwedką, ale gdy jej syn Victor miał cztery lata, wyjechała do pracy do Ameryki. Po kilkunastu latach wraca, tyle że raczej z poczuciem zawodu. Wychowywany przez babkę syn zdążył stać się nastolatkiem indywidualistą i traktuje matkę z łatwo zrozumiałym dystansem. Nie udało się w Stanach ani zarobić fortuny, ani zdobyć męża - erzacem związku pozostaje internetowa znajomość z biznesmenem z Tajpej panem Chanem. Pomysł, by matka wyjechała z synem na tygodniowe wakacje (podsunęła go babka z komentarzem: "Ja płacę!"), wydaje się świetną okazją, by zbliżyć się do Victora, a jednocześnie osobiście poznać internetową miłość.
Celem podróży okazuje się bowiem Tajpej - miasto tyleż piękne, co, jak się okaże w finale, niebezpieczne. Ale Victor i Kicki w stolicy Tajwanu głównie się nudzą: ona zabija czas podczas wieczorów z alkoholem, on (Palmell) włóczy się po mieście i poznaje kolegę, który każdego dnia "pożycza" sobie inny motor ("ale zawsze oddaję!"). Jest w tym oczywiście dużo oczywistości: "obce" miasto wyostrza jeszcze bardziej "obcość" w rodzinie, łatwiej o kontakt z nieznajomym niż z matką/synem. Mam zresztą wrażenie, że mimo naiwnego, sentymentalno-kryminalnego finału Victor i Kicki tak naprawdę nie spotykają się nigdy - ale jako osobne postaci fascynują.
Kicki przyzwyczaiła się do życia chwilą i pielęgnuje głównie mrzonki: jedną z nich okaże się, czego nietrudno się domyślić, pan Chan. Victor czegoś szuka, nie rozpoznaje jeszcze sam siebie, ale jego pogodna twarz każe przypuszczać, że w życiu sobie poradzi. A może rodzina - i taki, nieco prowokacyjny wniosek można w końcu z filmu wysnuć - nie jest do tego potrzebna?
Razem z "Miss Kicki" wyświetlany jest w kinach inny, 15-minutowy polski film Artura Wyrzykowskiego "Wszystko", który już zyskał etykietkę pierwszej polskiej produkcji sponsorowanej przez internautów. Produkcja jest jednak nad wyraz skromna, w sensie artystycznym zwłaszcza. On (Banasiuk) kocha się w niej (Żmuda-Trzebiatowska), ale ona ma chłopaka. On chciałby, by nie łapała go za nos jak kumpla, a ona nie wie (do czasu oczywiście), że on widzi w niej kogoś więcej niż przyjaciółkę. W sumie irytująca (warsztatowo również) historyjka jak z pamiętnika staromodnego nastolatka, która ma jeden atut: piosenkę
Happysad.