Czarne słońce **

PAWEŁ T. FELIS
2011-04-08, ostatnia aktualizacja 2011-04-07 11:49
Czarne słońce
Czarne słońce
mat. prasowe

Włochy, Francja 2007 (Il sole nero). Reż. Krzysztof Zanussi. Aktorzy; Valeria Golino, Kaspar Capparoni, Lorenzo Balducci

Czarne słońce
mat. prasowe
Czarne słońce
Czarne słońce
mat. prasowe
Czarne słońce
ZOBACZ TAKŻE
Krzysztof Zanussi zarzucił mi kiedyś nieuważność. Szczegół znaczy, to prawda - nawet jeśli szczegół ten dotyczy języków, którymi mówią (bądź nie mówią) ekranowe postaci. W filmie "Persona non grata", którego nieścisłość dotyczyła, z polskich aktorów właściwie tylko Zapasiewicz rozmawia w obcych językach, błąd po latach chętnie prostuję, chociaż swojego zdania (skądinąd pozytywnego) o filmie i swoich uwag (choćby do aktorstwa) nie zmieniam. Tym bardziej uważnie obejrzałem więc "Czarne słońce", i to dwukrotnie - po raz pierwszy przy okazji festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu prawie trzy lata temu. Ale reakcja za każdym razem była ta sama: znużenie i irytacja.

W dzisiejszych czasach - twierdzi Zanussi - "nie tylko sprawiedliwość, ale i miłość została sprowadzona do banału", bo na co dzień "mamy do czynienia z drobnymi, nic nieznaczącymi i przejściowymi miłostkami w serialowym stylu". W "Czarnym słońcu" - opartym na sztuce Rocco Familiariego - reżyser opowiada więc nie o miłości, ale Miłości, buduje i odtwarza miłosny mit typowy dla greckich tragedii, a jednocześnie wrzuca zakochanych w sobie małżonków w przypowieść o przeznaczeniu i stracie, zbrodni i zemście. Przypowieść zapisaną niemal wyłącznie wielkimi literami, nabrzmiałą od patetycznych wyznań ("Mam tak dużo, a dałem tak niewiele", "Mój aniele!", "Śnij o mnie, a ja będę śnić o tobie") i rzucanych jakby mimochodem filozoficznych refleksji (np. o złu, które istnieje dlatego, że jest dobro - dla kontrastu).

W filmie, w którym przez pierwszych kilkanaście minut małżonkowie rozmawiają wyłącznie o tym, że nie potrafią bez siebie żyć, nie chcą rozstawać się ani na chwilę i że mogliby patrzeć na siebie bez końca, zupełnie nie udało się to, co np. w "Euforii" osiągnął Wyrypajew, a w "Cichym świetle" Reygadas: umowność i teatralność nie musi wykluczać zmysłowości i ironii ("Euforia"), a zarazem może zmienić w hipnotyczne misterium ("Ciche światło"). W "Czarnym słońcu" o namiętnościach się mówi, kamera z pietyzmem pokazuje piękne ludzkie ciało, ale życia nie ma w tym za grosz: na ekranie widać jedynie papierowe postaci, które poruszają się z miejsca do miejsca w ramach prostej, a zarazem nieznośnie wykoncypowanej fabuły i wygłaszają groteskowo sztuczne kwestie.

Nie porusza ani wielka miłość, ani śmierć młodego męża. Pusty i szeleszczący papierem okazuje się dramat owdowiałej, ni to wpadającej w szaleństwo, ni to wyzywającej los na pojedynek żony, ale też dramat zabójcy, który ma swoje własne potyczki z Bogiem. Jednak choć "Czarne słońce" odradzam, polecam inny film Zanussiego sprzed lat - zrealizowany 30 lat temu "Constans" pojawi się w wybranych kinach (np. w warszawskiej Kulturze) w nowej, cyfrowo zrekonstruowanej wersji.