Wyciszone, świetne narracyjnie, poetycko-nostalgiczne "Erratum" Marka Lechkiego - jeden z dwóch najlepszych filmów zeszłorocznego festiwalu w Gdyni - to niejako rewers jego telewizyjnego filmu sprzed lat. W "Moim mieście" grany przez Radka Chrześciańskiego Goździk, który nie poszedł na politechnikę, bo spóźnił się na egzaminy, w swoim prowincjonalnym miasteczku, w pełnym ekscentrycznych, ale fascynujących postaci bloku czuł się u siebie: był dobrym duchem tego miejsca, któremu reżyser przyglądał się z fascynacją, ale i dyskretną obawą.
Bohater "Erratum" Michał (Tomasz Kot w najlepszej jak dotąd swojej roli) z tego "swojego miejsca" wiele lat temu uciekł. Przestał kontaktować się ze starym ojcem (gra go - niezwykle przejmująco - Ryszard Kotys), zostawił znajomych z zespołu muzycznego i parę pamiątek z dzieciństwa, jak przechowywane na strychu w rodzinnym mieszkaniu zabawki czy uwiecznioną na wyblakłym zdjęciu wędkę. Do końca nie wiemy, skąd to zerwanie i co się za tym kryje. Ale powód - pokazuje Lechki - już dawno przestał mieć znaczenie. Być może w ogóle nie sposób byłoby go nazwać. Znakomicie pokazuje to relacja z ojcem, w której wystarczy jedno słowo, żeby doszło do kłótni - została tylko skorupa żalu i pretensji, mechaniczny teatr obcości, którego nie sposób przerwać.
W ledwie kilku początkowych minutach filmu Lechki pokazuje Michała, który zastygł już w nowej roli, obrósł w pancerz. Nie został trębaczem, ale pracuje w biurze rachunkowym. Ma syna, który za chwilę idzie do komunii, i żonę, ale ten dom to fasada, a za nią nienazwany wprost - jak wobec ojca - żal. I właśnie z tym żalem Michał wyjeżdża do rodzinnego Szczecina, gdzie ma odebrać
samochód szefa.
Ale w "Erratum" nie chodzi o prosty powrót do korzeni, sentymentalną wycieczkę po śladach przeszłości, jak znaleziony razem z kolegą napis wyryty w młodości w drewnie. Podróż Michała nie prowadzi ani do domu, którego już nie ma, ani do burkliwego, samotnego, jakby czekającego na śmierć ojca, któremu syn wykrzyczy w końcu: "Zasłużyłeś na to, na wszystko sobie zasłużyłeś!". Ma za to nietypowego przewodnika, którym okazuje się stary anonimowy mężczyzna - "alkoholik i degenerat" (jak mówi o nim policjant), miłośnik "Trylogii" Sienkiewicza, który kazał mówić o sobie "Andrzej Kmicic".
Michał potrąca go przypadkiem
samochodem, niedługo później "Kmicic" umiera w szpitalu. Dla policjanta sprawa jest zamknięta ("Wielkiego śledztwa z tego nie będzie"), dla księdza również ("Pogrzeb w sobotę o szesnastej? Mam ważny wyjazd"). Tylko Michał próbuje przeszłość swojej ofiary rozszyfrować, jakby paradoksalnie odnalazł w niej siebie - człowieka bez właściwości, który "swojego miejsca" nie ma nigdzie, ale wreszcie chce zacząć go szukać.
Niezwykła jest tu ostatnia scena z pukaniem w drzwi, ale nie sposób sprowadzić "Erratum" do historii o godzeniu się z przeszłością. Hipnotycznie, bez zbędnych słów i fabularnych zwrotów, Lechki pozwala Michałowi zebrać (zgodnie z tytułem) listę "błędów" nie do naprawienia. Pokazać stan zawieszenia między marzeniem a niespełnieniem, przeszłością i przyszłością - a zarazem zostawić bohatera z wyzwaniem, jakim jest "tu i teraz". Niezwykły to film, który za drugim, trzecim oglądaniem nie traci, ale tylko zyskuje. Marek Lechki zrobił go zresztą - warto przypomnieć - na przekór wszystkim, którzy ten projekt próbowali utrącić. I pięknie wygrał - udowodnił, że jest nową indywidualnością polskiego kina.