Bardzo trafny tytuł. Bo choć nominalnie głównym bohaterem (czyli tym, którego ewolucja wyznacza ideologię filmu) jest młody angielski pisarz Basil (Bates), to w rzeczywistości ekran należy do Zorby - starszego od niego, krzepkiego greckiego chłopa, który staje się jego mistrzem i nauczycielem. Była to życiowa rola Anthony'ego Quinna, przyćmiewająca nawet jego popisowy występ w "La Stradzie" Felliniego. Zdominował cały film.
"Jego" Zorba to człek bezpośredni i spontaniczny, kochający życie i mający na życie wciąż wielki apetyt. Prosty, ale mądry, i chętnie się swoimi mądrościami dzielący. Niewątpliwy macho: niektóre jego wypowiedzi dotyczące kobiet mogą dziś brzmieć co najmniej kontrowersyjnie i bardzo drażnić czujne uszy feministek. I radzący sobie z cierpieniem w sposób paradoksalny: poprzez taniec (choć tańczy również w chwilach ekstatycznej radości: krótko mówiąc, zawsze, gdy pewna norma emocji zostaje przekroczona). O ludziach tak pełnych optymizmu i energii mówi się potocznie "młodzi duchem", i rzeczywiście - Basil to przy nim starzec.
Trudno zresztą o większy kontrast charakterów niż między tymi dwoma zaprzyjaźnionymi mężczyznami (nieco podobnie było w ostatnio bardzo słynnym "Jak zostać królem"). Basil - aż groteskowo stereotypowy Anglik - jest powściągliwy, wycofany, nieśmiały. Do tego - znów stereotypowy - intelektualista, który wiedzę o życiu czerpie bardziej z książek niż z doświadczeń własnych. Krańcowo różne są też ich życiowe postawy: Zorba jedzie przez życie na pełnym gazie, Basil - na ciągle zaciągniętym hamulcu. Na tym przeciwieństwie, kompletnie innym sposobie odczuwania i reagowania, zbudowany jest cały film.
Obaj wpadają na siebie w porcie w Pireusie, gdzie Basil czeka na opóźniony statek na Kretę: wbrew oczekiwaniom, na wyspie chce nie tyle pisać, ile przede wszystkim uruchomić nieczynną od dawna kopalnię otrzymaną po zmarłym ojcu. Ponieważ Zorba ma pewne doświadczenia w górnictwie, zabiera go ze sobą. Ale nie pomoc techniczna okazuje się tu najważniejsza, lecz "psychoterapeutyczna": Zorba uczy spiętego Anglika bardziej "luźnego" i beztroskiego podejścia do życia oraz umiejętności czerpania z niego radości. M.in. nakłania go, aby zainteresował się pewną młodą wdową (Papis), sam wszczynając ryzykowny romans z francuską właścicielką hotelu, w którym się zatrzymują, byłą kurtyzaną zresztą, a obecnie samotną, podstarzałą kobietą (Kedrova)...
Nawet po latach ogląda się to wszystko bardzo dobrze, a zmienność tonacji i nastrojów (która w swoim czasie niektórych denerwowała) dziś wydaje się całkiem nowoczesna i na miejscu. Ale do arcydzieła (a są też takie opinie) jednak daleko: historia jest nie najlepiej skomponowana (niektóre sceny są przeciągnięte, a z kolei niektóre istotne wątki potraktowane bardzo pobieżnie), a zachwalana w nim lekkość w traktowaniu życia chwilami wydaje się przesadna i trochę mało sympatyczna: mamy tu dwie martwe kobiety i jedną katastrofę, a dramatu się nie czuje. To jednak zapewne tkwiło właśnie u podstaw ogromnego sukcesu filmu. Na pewno nie wszyscy chcemy "żyć na luzie", ale chyba wszyscy marzymy o tym, żeby umieć sobie radzić z nieszczęściami, a w każdym razie tak strasznie się wszystkim nie przejmować.
Mówiąc o filmie, nie sposób nie wspomnieć o pięknych czarno-białych zdjęciach (za które Walter Lassally otrzymał Oscara), słynnej scenie tańca na plaży (wykonywanego zresztą przez Quinna ze złamaną kością stopy, więc wypadł on nieco dziwnie) i naturalnie muzyce Mikisa Theodorakisa, która zawędrowała pod najdalsze strzechy - nie tylko do dyskotek, ale też domów towarowych i hotelowych wind. Mało który muzyczny motyw zrobił taką karierę.