Bracia Farrelli nakręcili w swoim czasie bardzo zabawny "Sposób na blondynkę", potem zasłynęli głównie jako piewcy bardzo prostackiego, drwiącego z dobrego smaku humoru. "Bez smyczy" jest w pewnym sensie filmem dla nich nietypowym: komedią mówiącą o rzeczach całkiem poważnych (znużenie małżeńską rutyną, niewierność itd.) i dotyczącą ludzi już w pewnym wieku. Ale jest ona po pierwsze, mało zabawna (mnie raczej smuciła), a po wtóre, Farrelli po prostu nie mogą się powstrzymać, aby od czasu do czasu nie walnąć z bardzo grubej rury.
Nie bardzo to razem idzie: albo się rozważa - nawet żartobliwie - wyższość monogamii nad poligamią, albo pokazuje roznegliżowaną panienkę, która s a z rozpryskiem do wanny.
Rick (Wilson) i Fred (Sudeikis) są najbliższymi przyjaciółmi, facetami raczej miłymi i przeciętnymi, żyjącymi od lat w stabilnych, ale seksualnie już niezbyt satysfakcjonujących związkach. W związku z tym gapią się na każdą młodą i atrakcyjną dziewczynę, po nocach fantazjują, a między sobą rozmawiają głównie o seksie. Ich żony, Maggie (Fischer) i Grace (Applegate), zirytowane tym i zniesmaczone, postanawiają "dać im wolne": niech przez tydzień zostaną sami, niech robią, co chcą, mogą je zdradzać, proszę bardzo - po czym wyjeżdżają. Panowie są początkowo zachwyceni, rzucają się w wir uciech, ale powrót do kawalerskich czasów okazuje się nie taki prosty...
Trzeba powiedzieć uczciwie, że takich ekscesów jak przytoczony przykładowo w pierwszym akapicie nie ma zbyt wielu; być może z wiekiem bracia rzeczywiście nieco złagodnieli i zgrzecznieli. Zarazem jednak stępił się w ogóle ich zmysł humoru. Owszem, jest bardzo śmieszna scena, gdy nasi erotomani-teoretycy rozmawiają z sobą bardzo otwarcie na interesujące ich tematy, nie wiedząc, że cała ta rozmowa jest na żywo transmitowana przez system monitoringu; jest brawurowy, krótki "show" Richarda Jenkinsa (który udowadnia, że potrafi być nie tylko aktorem dramatycznym) w roli podrywacza bezbłędnie rozszyfrującego kobiety; jest jeszcze kilka umiarkowanie zabawnych momentów i pojedynczych błysków w dialogach... Ale reszta jest jakaś wysilona, wysiedziana, pozbawiona życia i naturalnych związków z fabułą.
Najbardziej w filmie zaskakujący jest jednak jego konserwatyzm. Bracia Farrelli, występujący tu jako obrońcy wartości rodzinnych (świat się kończy!), każą najpierw swoim bohaterom uwodzić kobiety w sposób wyjątkowo nieudolny i niezdarny, a po tym całym żenującym pokazie męskiej niekompetencji - docenić zalety domu i powrócić z ulgą do swoich ślubnych. Te zaś - przebywające w końcu też na czymś w rodzaju wakacji (czego nasze osły w ogóle nie zauważają) - radzą sobie znacznie lepiej, no ale jak już poradzą sobie za dobrze, to bardzo cierpią z powodu wyrzutów sumienia. Nie ma to jak stare dobre małżeństwo. Nawet nudne.