Film oparty na wspomnieniach polskiego oficera Sławomira Rawicza (ich prawdziwość jest zresztą kwestionowana) opowiada o grupie uciekinierów z sowieckiego obozu, którzy, wędrując przez Syberię, pustynię Gobi, Tybet i Himalaje, dotarli - acz nie w komplecie - do Indii. Znajdowali się w niej: inicjator ucieczki i nieformalny lider, polski oficer Janusz (Sturgess), tajemniczy amerykański inżynier nakazujący się nazywać mister Smith (Harris), brutalny rosyjski bandzior (Farrell), jeszcze dwóch Polaków (jeden z talentem do rysunków), Jugosłowianin, Łotysz... Po drodze dołączyła do nich jeszcze polska dziewczyna Irena (Ronan), uciekinierka z kołchozu...
"Wielka ucieczka", a właściwie "wielka wędrówka"; z filmu zapamiętam głównie natrętnie powtarzający się obraz: małe ludzkie figurki poruszające się powoli na tle zmieniającego się, ale zawsze ciągnącego się w nieskończoność krajobrazu. W tym filmie przede wszystkim się idzie, a wrogiem grupy naszych piechurów nie są inni ludzie - owszem, strażnicy podjęli próbę pogoni za nimi, ale szybko zrezygnowali, gdyż burza śnieżna zacierała ślady; owszem, ktoś mógł na nich dla zarobku donieść, ale zagrożenie to okazało się wyłącznie teoretycznie. Prawdziwym wrogiem jest tu odległość, przestrzeń i wroga ludziom przyroda.
To największa, po części chyba nieunikniona, słabość filmu: nie ma w nim ludzkiego wymiaru konfliktu. Nasi bohaterowie stanowią grupę nadzwyczaj zgodną i harmonijną (mimo obecności w niej psychopatycznego "urki"). Co najwyżej zdarzają się między nimi dyskusje natury technicznej (Czy iść w lewo, czy w prawo? Czy zabrać ze sobą Irenę, która może opóźniać marsz, czy nie?). Nawet pojawienie się tej ostatniej wśród siedmiu - niewidzących kobiety od lat! - mężczyzn nie wywołuje żadnych wewnętrznych napięć. Mister Smith zaczyna jej po prostu "ojcować".
Ale czy możliwy jest w ogóle tzw. konflikt charakterów w sytuacji, gdy charakterów nie ma? Wszyscy tu są ledwie naszkicowani, i to bardzo pobieżną kreską. Janusz jest odważny, ma świetną orientację w terenie i dobre serce. Amerykanin jest pragmatyczny po granicę cynizmu. Rusek jest bezwzględny i kocha Stalina. Pozostali są w ogóle bez twarzy, a gdyby nie po kobiecemu ciekawa Irena ich nie "otworzyła", do końca nic byśmy o nich nie wiedzieli.
Co, oczywiście, nie przeszkadza nam (mnie przynajmniej) być z nimi i serdecznie im życzyć, aby ucieczka zakończyła się powodzeniem. Ta wniesiona spoza ekranu sympatia do ludzi, którzy najpierw niewinnie cierpieli, a potem zdecydowali się na tak odważny krok, pozwala wytrzymać bardzo wiele. I powolne tempo, i monotonię, i typowo epizodyczną narrację i popadanie w konwencję zwykłego filmu przygodowego - tu jakoś niestosowną. Ale jednak nie do końca. Wydaje mi się też, że błędem było umieszczenie na początku filmu informacji określającej, ilu z naszych śmiałków osiągnęło cel - i obniża to napięcie, i prowokuje do zgadywanki "kto przeżyje?", która też nie bardzo tu przystoi.
Najlepsze są w sumie wspaniałe panoramiczne zdjęcia - i jest to komplement, który określa skalę mojego rozczarowania. Nie przypuszczałem, że w filmie takiego mistrza jak Weir, opowiadającego o ucieczce ze stalinowskiego łagru, będę chwalić krajobrazy.
a ja nie zgadzam sie z P.Mossakowskim- film jest wspaniały, choc o wielkość sie nie otarł- za to historia w nim przedstawiona wydarzyła sie naprawdę- i to pan Mossakowski mógłby sprawdzić! »