Moskwa, Belgia ****

Paweł Mossakowski
2011-04-15, ostatnia aktualizacja 2011-04-14 12:01
Moskwa, Belgia
Moskwa, Belgia

Belgia 2008 (Aanrijding in Moscou). Reż. Christophe van Rompaey. Aktorzy: Barbara Sarafian, Jurgen Delnaet, Johan Heldenbergh

Moskwa, Belgia
Moskwa, Belgia
Moskwa, Belgia
Moskwa, Belgia
Moskwa, Belgia
Moskwa, Belgia
Moskwa, Belgia
Moskwa, Belgia
ZOBACZ TAKŻE
Nareszcie poważny film o miłości, prawdziwy, realistyczny, którego bohaterami są zwyczajni, przeciętni ludzie - tacy, jakich spotykamy na ulicy oraz w filmach Mike'a Leigh. Nie żadna, Boże uchowaj, komedia romantyczna, choć ogólny schemat fabularny wzięty jest z tego gatunku, a nie unika się tu również humorystycznych akcentów. Najbliżej byłoby chyba określeniu "miłosny komediodramat".

Historia rozgrywa się w Moskwie - ale nie stolicy Rosji, tylko w nazywającej się tak peryferyjnej dzielnicy flamandzkiego miasta Gent - a jej główną bohaterką jest 41-letnia Matty (świetnie grająca Sarafian) pracująca jako urzędniczka na poczcie, kobieta niespecjalnie atrakcyjna, zaniedbana, przygaszona; matka trójki dzieci, którą mąż Werner (Heldenbergh), wykładowca rysunku na akademii, pół roku temu zostawił dla swojej studentki. Pewnego dnia Matty poznaje długowłosego rudzielca Johnny'ego (nieco podobny do Andrzeja Sikorowskiego Delnaet), młodszego od niej o 12 lat kierowcę tira. Okoliczności spotkania nie są obiecujące: zderzają się (niegroźnie) swoimi samochodami na parkingu przed supermarketem, a następnie obrzucają obelgami, których natężenie świadczy o tlącej się w każdym z nich wściekłości. Ale potem Johnny oferuje pomoc przy naprawie wozu, zostaje zaproszony na rodzinny obiad, później następuje randka... i zaczyna się. Problem w tym, że Matty po swoich doświadczeniach nie pali się do związków z mężczyznami, liczy też po cichu na powrót męża, a na dodatek od tego ostatniego dowiaduje się o pewnych niepokojących faktach z przeszłości Johnny'ego...

Jest to opowieść o zwyczajnej kobiecie - mieszkającej w bloku, chodzącej rano do pracy, serwującej dzieciom na obiad kaszankę - która chce sobie jakoś ułożyć życie i która w związku z tym staje wobec niełatwego dylematu: z jednej strony jest Johnny, który jej się podoba (nie będę zgadywać czemu), który jest w niej niewątpliwie zakochany (też nie bardzo wiem dlaczego), ale któremu, w świetle wiedzy o nim, raczej trudno ufać. Z drugiej - mąż, który jest słabeuszem i wciąż się waha. Matty chciałaby, aby wrócił do domu (i ma przesłanki, by wierzyć w takie rozwiązanie), chciałaby, żeby było normalnie, tak jak dawniej, przed katastrofą - ale czy takie powroty do punktu wyjścia są w ogóle możliwe? Tak czy inaczej - chciałaby przynajmniej, jak to się potocznie mówi, "wiedzieć, na czym stoi", a stoi na ruchomych piaskach.

Jakiego wyboru dokona, tego nie zdradzę (ja życzyłbym sobie najbardziej, aby obydwu tych facetów spuściła ze schodów), ale niezależnie od tego, która z tych trzech wersji się spełni i co z tego wyniknie na przyszłość, jedno jest już pocieszające: Matty wróciła do żywych.