Szwecja, Francja 2010 (Sound of Noise). Reż. Ola Simonsson, Johannes Stjärne Nilsson. Aktorzy: Bengt Nilsson, Sanna Persson, Magnus Börjeson, Marcus Boij
Kapitalny pomysł: muzyka jako narzędzie rewolucji, kakofonia dźwięków jako atrybut terrorystów, muzyczne fobie jako metafora bezradności zaplątanego we współczesność człowieka. Czy można się dziwić, że "Nieściszalni" zgarnęli na Warszawskim Festiwalu Filmowym nagrodę w pewnym sensie najważniejszą, bo przyznawaną przez publiczność?
Film pokazywany był w sekcji "Wolny Duch" i faktycznie rządzi nim zasada nieokiełznanej brawury i imponująca nadprodukcja szalonych pomysłów. Grupka muzyków pędzi samochodem i w akcie zemsty rzuca na goniącego ją policjanta perkusję. By zrealizować "miejską symfonię", jakiej świat jeszcze nie słyszał (ba, artyzmem jest tu również mocno nietypowy sposób zapisu), niejaka Sanny (Persson) - zawsze z podobnym szaleństwem w oczach - organizuje z przyjacielem zespół perkusyjny i uczestniczy z nim w iście gangsterskich akcjach. Jest wśród nich atak na szpital, w którym aparatura medyczna i Bogu ducha winny pacjent stają się instrumentarium nowego utworu, jest też włamanie do banku, który służy jedynie kreowaniu "symfonii" na kilka niszczarek, pieczątek oraz drukarek. Na domiar złego perkusistów szaleńców (czy też ideowych terrorystów) ściga nienawidzący ich policjant Amadeus (Nilsson), któremu słoń nadepnął na ucho. To właśnie ów groteskowy gliniarz wytępiłby, gdyby mógł, każdy rodzaj muzycznej ekspresji - wszystko jedno, czy chodzi o dostojny, akademicki koncert skomponowany przez jego brata, czy też o bandę perkusistów, którzy muzykę traktują jak sposób na wytrącenie ludzkości z letargu.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że świetny punkt wyjścia i parę niezłych pomysłów (plus uroczo nonszalanckich - jak szpitalny "koncert" - scen) okazały się kulą u nogi szwedzkich reżyserów: nie bardzo wiedzą, co z tym całym entourage'em zrobić. Fabuła to rwie się, to znów po świetnym fragmencie łapie zadyszkę i staje w miejscu. Gubi się rytm, wtrąca się chaos i groteska przechyla się w kierunku prostej kpiny i parodii. A ironicznie traktowana idea rewolucji i współczesnego buntu (czy raczej braku szansy na bunt) szybko okazuje się tylko pięknym hasłem, za którym nie nadąża filmowa (nie tylko fabularna zresztą) materia.
Szkoda, bo "Nieściszalni" to trochę zmarnowana szansa na autentycznie świeżą prowokację. Co nie znaczy, że nie może się spodobać - w końcu widzowie Warszawskiego Festiwalu Filmowego swój gust mają i po swojemu zagłosowali. Ja, niestety, tej filmowej błazenady (mimo dużej sympatii do twórców) nie kupuję.