Szczęśliwy poeta ***

Paweł Mossakowski
2011-04-15, ostatnia aktualizacja 2011-04-14 11:50
"Szczęśliwy poeta"

USA 2010 (The Happy Poet). Reż. Paul Gordon. Aktorzy: Paul Gordon, Jonny Mars, Liz Fisher


"Szczęśliwy poeta"
ZOBACZ TAKŻE
Bill (Gordon), absolwent wydziału pisarskiego i początkujący poeta, człowiek, jak na poetę przystało, nieśmiały i niepewny siebie, otwiera budkę ze zdrową żywnością. Oferuje w niej niestandardowe wegetariańskie potrawy - specjalność lokalu: sałatka jajeczna bez jajek. Ale choć kramik lokalizację ma znakomitą (słoneczny miejski park otoczony biurowcami), interes nie idzie najlepiej. Raz, że Bill nie ma specjalnie talentów w tym kierunku, dwa, że ludność Austin, bywalców parku nie wyłączając, zdecydowanie woli hot dogi, a wegańskie dania traktuje jak dziwactwo. Na dodatek współpracownik Billa Donnie (Mars) dowozi klientom nie tylko zamówione potrawy...

Ten całkowicie autorski projekt (Gordon nie tylko "Szczęśliwego poetę" napisał, wyreżyserował, zmontował, ale też zagrał w nim główną rolę) jest na rynku filmowym dokładnie tym, czym stoisko Billa na rynku konsumpcyjnym - rękodzielniczym wyrobem zmuszonym do konkurowania z masową produkcją. Można ten film traktować więc niemal jako wypowiedź autotematyczną - jako metaforę sytuacji amerykańskiego filmowca niezależnego.

Zawsze mam dużo serca do takich małych filmów - skromnych, bezinteresownych, zrobionych za psie pieniądze, powstałych dzięki entuzjazmowi grupki przyjaciół. Dużym jego atutem jest postać głównego bohatera, w kinie mainstreamowym rzadko się pojawiająca. Bill ujmuje swoim upartym idealizmem, niechęcią do pójścia na łatwiznę. Jego nieasertywność jest tak wielka (ale spokojnie, przełamie ją), że mogłaby wręcz irytować, a tymczasem przysparza mu sympatii. Brakuje mu też zdolności społecznych. Gdy poznaje miłą i zainteresowaną nim dziewczynę Agnes (Fisher), która jest stałą klientką jego kramiku, nie bardzo wie, jak przeskoczyć na inny etap znajomości. Scena, w której recytuje jej swój wiersz "Rozpadlina" (Freud by się nad nim zadumał), należy do najzabawniejszych w filmie.

Są też oczywiście słabości: dialogi, które mają być "jak z życia wzięte" i autentyczne, czasami wpadają w niezamierzony banał; humor jest niekiedy tak już dyskretny i subtelny (bo to w końcu komedia), że praktycznie niezauważalny. No i pośpieszne "szczęśliwe" zakończenie, w zamierzeniu przewrotnie ironiczne, będzie czytane dosłownie. Ale rzecz ma wdzięk i kto lubi amerykański "off", nie powinien filmu przegapić.