Przeuroczy, boleśnie prawdziwy, skromny film, którym rządzi myśl cokolwiek prowokacyjna: starość nie ma monopolu na mądrość, a w słusznym wieku popełniamy te same błędy, co w młodości. Tak twierdzi w "80 dniach" Maite (Mariasun Pagoaga), 70-letnia pianistka tuż przed emeryturą, ale przede wszystkim dojrzała kobieta, która nie chce ani specjalnych przywilejów staruszki, ani rezygnacji ze sposobu życia zarezerwowanego ponoć dla młodych. Axun z kolei (Itziar Aizpuru) jest - jak mówi jej siostrzenica - "tradycjonalistką". Żyje nudnawą, sprowadzoną do rytuałów codziennością z mrukliwym mężem i koleżankami z małego miasteczka, ale wciąż (i ona jest siedemdziesięciolatką) ma w sobie żar, nawet jeśli sama nie zdaje sobie z tego sprawy.
Spotykają się w szpitalu. Maite opiekuje się tam bratem, Axun odwiedza zięcia, który porzucił jakiś czas temu jej córkę. Ale tak naprawdę spotkały się już wcześniej: miały wtedy 20 lat, wydawały się nierozłączne, a łączyła je więź trochę przyjacielska, trochę miłosna, nieco też erotyczna. Teraz w szpitalu niby przychodzą dla chorych, ale tak naprawdę dla siebie: mężczyźni są w śpiączce, a bohaterki przeciwnie - próbują wyrwać się z letargu. Dają sobie drobne prezenty, prawią komplementy, wreszcie zaczynają budować alternatywny świat, w którym można iść razem do kina, wybrać się na wspólną wycieczkę na wyspę, a przede wszystkim - rozmawiać.
Od czasu rewelacyjnego "W siódmym niebie" Andreasa Dresena nie widziałem filmu, który tak subtelnie, a jednocześnie tak intensywnie pokazywałby uczucia i erotyzm ludzi starszych. W "80 dniach" nie ma właściwie znaczenia, że relacja - chciana i niechciana, wstydliwa i wyzwalająca z kompleksów - dotyczy dwóch kobiet: niezależnej artystki, która nie ukrywa swojego homoseksualizmu, i prowincjonalnej pani, która nie używa telefonu komórkowego i nie wie, jak korzystać z banku. Zwłaszcza że związek ten (jaką wagę - pokazują reżyserzy - może mieć jeden pocałunek!) do końca pozostaje zagadką: jest w nim coś z powrotu do "czasu utraconego", z nostalgicznej tęsknoty za młodością, z fantazji o życiu niespełnionym, ale też z odkrywanego po latach, jakby po raz pierwszy, zachwytu, że można zarazem uwodzić i być uwodzonym.
Nie w fabule zresztą, nie w sposobie prowadzenia narracji kryje się największa finezja filmu, ale w aktorskich kreacjach. Mariasun Pagoaga hipnotyzuje bardziej niż tuziny hollywoodzkich, plastikowych gwiazdeczek: w jej twarzy, w jej oczach, w sposobie, w jaki mówi i się porusza, jest coś szlachetnie pięknego i brawurowego zarazem - pewność siebie połączona z marzeniem, które nie może się spełnić. Itziar Aizpuru sprawia z kolei wrażenie pozbawionej smaku i klasy, poczciwej cioci, ale z każdą minutą się zmienia, ożywia, zyskuje wdzięk i tajemnicę - jakby tworzyła się na nowo w spojrzeniu kogoś innego.
Nie tylko w mocnym, przejmującym finale, ale też w drugorzędnych fabularnych drobiazgach widać ten rodzaj reżyserskiej przekory, która kapitalnie rozbraja konwencję (w tym wypadku melodramatyczną). I właśnie za nonszalancję połączoną z wyjątkową dojrzałością dorzucam piątą gwiazdkę - razem z "wyznaniem", że sam chętnie obejrzę "80 dni" raz jeszcze.