80 dni *****

PAWEŁ T. FELIS
2011-04-15, ostatnia aktualizacja 2011-04-14 11:47
80 dni
80 dni

Hiszpania 2010 (80 egunean). Reż. José Maria Goenaga, Jon Garano. Aktorzy: Mariasun Pagoaga, Itziar Aizpuru, José Argoitia

80 dni
80 dni
80 dni
80 dni
80 dni
80 dni
80 dni
80 dni
ZOBACZ TAKŻE
Filmy
Przeuroczy, boleśnie prawdziwy, skromny film, którym rządzi myśl cokolwiek prowokacyjna: starość nie ma monopolu na mądrość, a w słusznym wieku popełniamy te same błędy, co w młodości. Tak twierdzi w "80 dniach" Maite (Mariasun Pagoaga), 70-letnia pianistka tuż przed emeryturą, ale przede wszystkim dojrzała kobieta, która nie chce ani specjalnych przywilejów staruszki, ani rezygnacji ze sposobu życia zarezerwowanego ponoć dla młodych. Axun z kolei (Itziar Aizpuru) jest - jak mówi jej siostrzenica - "tradycjonalistką". Żyje nudnawą, sprowadzoną do rytuałów codziennością z mrukliwym mężem i koleżankami z małego miasteczka, ale wciąż (i ona jest siedemdziesięciolatką) ma w sobie żar, nawet jeśli sama nie zdaje sobie z tego sprawy.

Spotykają się w szpitalu. Maite opiekuje się tam bratem, Axun odwiedza zięcia, który porzucił jakiś czas temu jej córkę. Ale tak naprawdę spotkały się już wcześniej: miały wtedy 20 lat, wydawały się nierozłączne, a łączyła je więź trochę przyjacielska, trochę miłosna, nieco też erotyczna. Teraz w szpitalu niby przychodzą dla chorych, ale tak naprawdę dla siebie: mężczyźni są w śpiączce, a bohaterki przeciwnie - próbują wyrwać się z letargu. Dają sobie drobne prezenty, prawią komplementy, wreszcie zaczynają budować alternatywny świat, w którym można iść razem do kina, wybrać się na wspólną wycieczkę na wyspę, a przede wszystkim - rozmawiać.

Od czasu rewelacyjnego "W siódmym niebie" Andreasa Dresena nie widziałem filmu, który tak subtelnie, a jednocześnie tak intensywnie pokazywałby uczucia i erotyzm ludzi starszych. W "80 dniach" nie ma właściwie znaczenia, że relacja - chciana i niechciana, wstydliwa i wyzwalająca z kompleksów - dotyczy dwóch kobiet: niezależnej artystki, która nie ukrywa swojego homoseksualizmu, i prowincjonalnej pani, która nie używa telefonu komórkowego i nie wie, jak korzystać z banku. Zwłaszcza że związek ten (jaką wagę - pokazują reżyserzy - może mieć jeden pocałunek!) do końca pozostaje zagadką: jest w nim coś z powrotu do "czasu utraconego", z nostalgicznej tęsknoty za młodością, z fantazji o życiu niespełnionym, ale też z odkrywanego po latach, jakby po raz pierwszy, zachwytu, że można zarazem uwodzić i być uwodzonym.

Nie w fabule zresztą, nie w sposobie prowadzenia narracji kryje się największa finezja filmu, ale w aktorskich kreacjach. Mariasun Pagoaga hipnotyzuje bardziej niż tuziny hollywoodzkich, plastikowych gwiazdeczek: w jej twarzy, w jej oczach, w sposobie, w jaki mówi i się porusza, jest coś szlachetnie pięknego i brawurowego zarazem - pewność siebie połączona z marzeniem, które nie może się spełnić. Itziar Aizpuru sprawia z kolei wrażenie pozbawionej smaku i klasy, poczciwej cioci, ale z każdą minutą się zmienia, ożywia, zyskuje wdzięk i tajemnicę - jakby tworzyła się na nowo w spojrzeniu kogoś innego.

Nie tylko w mocnym, przejmującym finale, ale też w drugorzędnych fabularnych drobiazgach widać ten rodzaj reżyserskiej przekory, która kapitalnie rozbraja konwencję (w tym wypadku melodramatyczną). I właśnie za nonszalancję połączoną z wyjątkową dojrzałością dorzucam piątą gwiazdkę - razem z "wyznaniem", że sam chętnie obejrzę "80 dni" raz jeszcze.