Ten film Janusz Majewski planował od dawna - miał być nostalgiczną, po części autobiograficzną historią o dorastaniu w czasach historycznych burz, opowieścią o szaleństwie dziejów, w których mimo wszystko możliwa i konieczna jest brawura młodości. Z powodów finansowych reżyser zrealizował jednak tylko ostatnią część scenariusza, skupił się na Krakowie tuż po wojnie i pokazał, jak jego bohater Ludwik w tym nowym dla siebie mieście (jest repatriantem z Lwowa), w nowej szkole i nowej sytuacji politycznej dojrzewa nie tylko do tytułowej matury, ale do - przepraszam za banał - życia.
Zobaczyć to wszystko na dużym ekranie i uwierzyć to jednak dwie różne rzeczy. "Mała
matura 1947" to nie film właściwie, ale wystylizowany wizualnie Teatr Telewizji, szkolna czytanka, której fałsz u takiego mistrza jak Majewski autentycznie zadziwia. Ludwik (Wróblewski) pozostaje irytująco papierowy i wtedy, gdy udowadnia pęd do wiedzy ("Czasami w książkach natrafiałem na sentencje łacińskie, chciałem je zrozumieć"), i wtedy, gdy chce powiedzieć koledze komplement jak z podręcznika ("Podobał mi się twój referat na 3 Maja - temat może i nudny, ale ciekawie go napisałeś"), a nawet wtedy, gdy z rumieńcami na twarzy udziela lekcji niemieckiego dużo starszej, uwodzicielskiej mecenasowej (Bohosiewicz). Nie widać burzy hormonów, ale sentymentalne obrazki deklaratywnego erotyzmu. Nie widać przyjaźni, przygody, energii, a jedynie zestaw zachowań i dialogów rodem z podręcznika dobrego wychowania. Płaskie, sztuczne są sceny w szkole (dowiadujemy się na przykład, że "młodsza klasa zawsze zna starszą, a starsza zawsze lekceważy młodszą") i płaskie są polityczne czy historyczne wtręty ("Nosiłem w powstaniu meldunki - broni nie starczyło nawet dla dorosłych wyszkolonych żołnierzy, a ja miałem 16 lat!"). Wrażenie jest fatalne - źle to jest zainscenizowane, źle napisane (niemal naczelną zasadą stają się deklaratywne dialogi) i źle zagrane.
Zamiast wskrzesić powojenny świat widziany oczami nastolatka, Majewski zamyka ten świat w ilustracyjny, dydaktyczno-moralizatorski obrazek, który na domiar złego nie ma nawet wdzięku. Co piszę z tym większą przykrością, że poprzedni film Majewskiego - "Po sezonie" - został przeze mnie na tych samych łamach niedoceniony. Tamten obraz tętnił jednak życiem i witalnością, ten jest tylko ładnie wyglądającą z zewnątrz skamieliną.