Kto we współczesnej kulturze jest Frankensteinem? Oczywiście - tu Kornél Mundruczó, bezsprzecznie największa gwiazda nowego węgierskiego kina, specjalnie oryginalny nie jest - reżyser. Ten z filmu, którego
gra sam Mundruczó, jest nie tyle opętanym swoją wizją szaleńcem, ile raczej nieco zgaszonym i uwikłanym w codzienność (początkowe rozmowy o nowym projekcie) zawodowcem, który systematycznie przegrywa życie prywatne. Ale rzeczywistość i fikcja przecinają się w sposób wyraźny: casting do nowego filmu odbywa się w domu dawnej kobiety reżysera, a jednym z uczestników jest autystycznie zachowujący się chłopak, który okazuje się synem filmowego demiurga. A zarazem sprawcą tajemniczej tragedii na planie, bo podczas romansowych ćwiczeń aktorskich chłopak wścieka się tak, że pozbawia swoją partnerkę życia.
Śmierć w "Łagodnym potworze" jest zresztą aktem głównie teatralnym - film Mundruczó rezygnuje z horrorowego sztafażu i nawet z powieści Mary Shelley bierze tylko ideę i symbole-znaki. Jest zbrodnia (i czerwona plama krwi na śniegu), jest bunt wobec "twórcy" i jest też nieświadomość, która z trudem zmienia się w świadomość. Rudi (Frecska), który odgrywa rolę filmowego "monstrum", wydaje się niemal wyprany z osobowości, porusza się i działa jak bezwolna maszyna, która czegoś chce, ale nawet nie potrafi tego nazwać. Jest zresztą zbyt enigmatyczny, zbyt jasno uwikłany w przewidywalną sytuację "chorej" rodziny "produkującej" potwora: chociaż Mundruczó poświęca mu sporo uwagi, Rudi pozostaje fabularnym i psychologicznym "projektem", sztucznym tworem, zlepkiem lęków i obsesji swojego twórcy.
Bo właśnie twórca wydaje się w tym ryzykownym, manierycznym i trochę zbyt błahym jak na sugerowany w tytule temat filmie najciekawszy. Jako podwójny "demiurg" - ojciec i reżyser - wydaje na świat ludzi, idee, spektakle, nad którymi nie ma kontroli. Zdaje sobie sprawę ze swojej klęski i widzi, jak jedna przegrana rodzi następną. W jego filmowym "tworzeniu", podobnie jak w ojcostwie jest coś niepokojąco mechanicznego, mimo finałowego gestu wobec syna - cynicznego. A może to on właśnie jest tytułowym "potworem", dzieckiem metaforycznego Frankensteina, czyli społeczeństwa i filmowej sztuki, w których emocje zastąpiła zasada bezdusznego kontraktu?