W tym czarno-białym filmie niewiele się dzieje, a jednak wciąga; jego bohaterowie się nudzą, on sam pozostaje jednak interesujący. Debiut Fernando Einbcke, późniejszego twórcy głośnego "Nad jeziorem Tahoe", rozgrywa się niemal w całości w jednym miejscu: niewielkim mieszkaniu, w zwyczajnym, szarym bloku meksykańskiego miasta, w pewną leniwą niedzielę. Matka 14-letniego Flamy zostawia go w domu z jego najbliższym przyjacielem, rówieśnikiem Moko. Chłopcy zabijają czas, grając na
wideo, pijąc coca-colę (i prezentując wspaniały sposób sprawiedliwego rozlewania tego napoju), pojadając czipsy, oglądając jakieś niewinne porno itp. Wygląda na to, że już nie pierwszy raz wypełniają w ten sposób pusty dzień.
Ten jednak okazuje się wyjątkowy. Oto do drzwi
mieszkania puka 16-letnia sąsiadka Rita; zepsuł się jej piekarnik, a chciałaby zrobić urodzinowe ciasto (co wygląda na pretekst). Chłopcy wpuszczają ją, ale, przynajmniej początkowo, nie zwracają na nią uwagi. Potem zjawia się z zamówioną pizzą dostarczyciel, 30-letni nieudacznik Ulises; chłopcy nie chcą mu zapłacić za dostawę (spóźnił się 11 sekund), więc postanawia zostać w mieszkaniu. I tak cała czwórka, z braku lepszego zajęcia, postanawia spędzić ze sobą popołudnie...
Jednak - jak wspomniałem na początku - nie pociąga to za sobą żadnych dramatycznych konsekwencji: żadnych orgii, żadnych ekscesów (no, lekkie zamieszanie powstaje po zjedzeniu ciasteczek z marihuaną), żadnych szaleństw. To nie jest film ekspresyjnych wydarzeń: jego wartość polega na stopniowym, powolnym odsłanianiu wewnętrznego życia bohaterów. Odkrywamy ich samotność, ich popieprzone układy rodzinne (rodzice Flamy są w trakcie burzliwego rozwodu, rodzina Rity nie pamięta o jej urodzinach itd.), ich skrywane preferencje seksualne. Wszystko to jednak nie wprost, raczej w niedopowiedzeniach i aluzjach. Dzień jest zwyczajny, ale okazuje się w jakimś sensie przełomowy (nie tylko dla Ulisesa, który się uwalnia od frustrującej pracy); kończy się dzieciństwo, a para przyjaciół zapewne będzie się musiała wkrótce rozstać. Ładnie i subtelnie jest to uchwycone; ten specyficzny, typowy dla początków dorastania, melancholijny stan ducha, w którym bolesne udręki spotykają się z niesprecyzowanymi tęsknotami. Zarazem film jest chwilami całkiem zabawny; reżyser przyjmuje tu Jarmuschowską perspektywę - przygląda się swoim postaciom z dużą sympatią, ale jednak z oddalenia, z lekko ironicznym dystansem. Wszyscy wykonawcy, włącznie z najmłodszymi, grają świetnie i bardzo prawdziwie; to także dzięki nim film ma w sobie niewysilony, naturalny wdzięk. Zwolennikom takich małych, tanich dziełek polecam.