Becca (Kidman) i Howie (Eckhart) byli zapewne szczęśliwym małżeństwem, nim osiem miesięcy temu nie przytrafiła się im straszna tragedia: ich czteroletni synek wpadł pod
samochód i zginął. Teraz próbują - każde na swój sposób i każde nieco samotnie - uporać się z własnym bólem i cierpieniem. Howie chętnie uczęszcza na spotkania tzw. grupy wsparcia, na których znajdujący się w analogicznej sytuacji rodzice opowiadają o swoich uczuciach; Becca dochodzi do wniosku, że to strata czasu. Szczególnie irytują ją padające na zebraniach argumenty natury religijnej ("To część boskiego planu"), odrzuca też pokrzepiające słowa swojej matki (West), która przeżyła niegdyś podobną tragedię. Jest w niej, w porównaniu z mężem, znacznie więcej wściekłości, z którą nie wiadomo, co zrobić. Różni ich też stosunek do pamięci (choć nie są w tym całkiem konsekwentni i powiedzieć, że jedno chce pamiętać, a drugie zapomnieć, byłoby ogromnym uproszczeniem). W każdym razie Howie pielęgnuje wszystko to, co pozostało po zmarłym synku, ogląda filmiki z nim na komórce itd. Becca wyrzuca jego rzeczy, usuwa malunki i najchętniej sprzedałaby dom - piękny skądinąd, ale strasznie teraz pusty. Howie nie odrzuca myśli o następnym dziecku; Becca nie chce o tym nawet słyszeć. Becca zaczyna spotykać się i rozmawiać z licealistą, który prowadził feralnego dnia samochód (zarazem autorem komiksu o alternatywnych rzeczywistościach); Howie nie chce go widzieć na oczy.
Wszystkie te różnice, jak również sam fakt, że druga osoba jest stałym przypomnieniem wspólnego nieszczęścia, wywołują coraz silniejsze napięcia między Beccą i Howiem i sprawiają, że ich związek zaczyna się rozpadać. W pewnym momencie film przestaje krążyć wokół pytania: "czy i jak bohaterowie wyciągną się z tej czarnej dziury, jaką stało się ich życie?", a koncentruje się na kwestii: "czy ich małżeństwo się utrzyma?". Ale czy w ogóle można było inaczej, tzn. czy możliwe było uniknięcie skręcenia nieco w bok, rezygnacja z frontalnego zderzenia, wytyczenie sobie skromniejszych, nieco zastępczych celów? Śmierć dziecka i jej konsekwencje to piekielnie trudny temat (chyba najtrudniejszy) i w konfrontacji z nim kino rzadko wychodzi obronną ręką. Jak oddać taki bezmiar bólu bez poczucia jakiejś horrendalnej dysproporcji między sztuką a rzeczywistością? I jak pocieszyć, żeby nie zabrzmieć naiwnie? W "Między światami" też wyszło to średnio. Mamy tu mniej historię, a bardziej opis pewnej sytuacji - dokonany z dużą wrażliwością, taktem i bez histerii, precyzyjny i prawdziwy - ale jednak tylko opis. Wrażenie ilustracyjności pogłębia też teatralność języka. "Między światami" było pierwotnie sztuką sceniczną, a dokonujący adaptacji autor niewiele tu chyba zmienił. Nieprzekonujące wydaje mi się też zakończenie. I tylko rola Kidman - rzeczywiście życiowa - sprawia, że warto do kina się wybrać, a nie poczekać na emisję telewizyjną.