Gazeta.pl > Film >  Do poczytania

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum

Bruno wkręca homofobów

Wojciech Orliński
2009-07-11, ostatnia aktualizacja 2009-07-10 18:35

Od wczoraj na ekranach "Brüno". W swoim nowym wcieleniu brytyjski komik Sacha Baron Cohen tworzy postać takiego geja, jakiego wyobrażają sobie homofobiczni konserwatyści

"Brüno" narodził się w głowie Sachy Baron Cohena dziesięć lat temu, gdy przeniósł się ze swoim programem "Da Ali G Show" do USA. Wrzucił w tą postać wszystkie stereotypowe uprzedzenia, jakie konserwatywny Amerykanin może mieć wobec rozwiązłej i zdeprawowanej Europy - Brüno jest więc nie tylko gejem, ale pochodzi z Austrii i lubi robić mętne aluzje do tego, co jego przodkowie wyczyniali w czasach Trzeciej Rzeszy.

Tak jak poprzednia brawurowa komedia Baron Cohena - "Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej", także "Brüno" ma strukturę fikcyjnego filmu dokumentalnego rzekomo nakręconego w Europie, na Bliskim Wschodzie i w USA. Dwie główne role grają sam Baron Cohen jako Brüno oraz znakomity szwedzki aktor Gustaf Hammarsten (znany z roli targanego wątpliwościami hipisa w "Tylko razem" Lukasa Moodyssona) jako jego zakochany asystent Lutz. Komizm budowany jednak jest głównie na zachowaniu nieświadomych bohaterów drugoplanowych, którzy naiwnie zgodzili się wystąpić przed kamerą rzekomego dokumentu, nie zdając sobie sprawy z tego, w co się pakują. Słowem, zostali "wkręceni".

Tym razem Baron Cohen "wkręcił" jeszcze ciekawszych bohaterów niż w poprzednim filmie. Na przykład piosenkarka Paula Abdul zgodziła się udzielić wywiadu na temat swojej działalności charytatywnej i zaakceptowała oryginalny wystrój studia - jak ją zapewnił Brüno, najnowsza moda wnętrzarska to żywe meble, czyli Meksykanie, którym płaci się za to, że klęczą jako żywe stoły i krzesła.

Paula Abdul odmówiła poczęstunku, jakim było sushi serwowane na nagim ciele jednego z Meksykanów. Podobno La Toyah Jackson dała się wkręcić do tego stopnia, że jednak się poczęstowała - ale producenci wycięli całą sekwencję z szacunku dla żałoby po śmierci Michaela (może wróci na DVD?).

Wśród "wkręconych" znalazł się także Paul Cameron, kontrowersyjny terapeuta rzekomo potrafiący wyleczyć geja z homoseksualizmu. Brüno prowadzi z nim wywiad znacznie ciekawszy od tego, który w naszej telewizji robił Pospieszalski. Cameron dla przełamania lodów zaczął rozmowę od tego, że on też czasem nie lubi kobiet, ale zamiast poprzestać na jednym zdaniu, wpadł w pełen natręctw i dygresji monolog zdeklarowanego mizogina o tym, jak z kobietami trudno się dogadać ze względu na ich niezdolność do trzymania się tematu.

Baron Cohen "wkręcił" także człowieka, po którym spodziewać by się można zawodowej podejrzliwości, czyli wieloletniego agenta Mossadu Yossi Alphera. Brüno zaprosił go do rozmowy i zastrzelił pytaniem: "Dlaczego wy tak zaciekle zwalczacie hamas, jadłem go ostatnio z chlebem pita i był całkiem smaczny". Kiedy o filmie Baron Cohena stało się głośno, Alpher stał się obiektem docinków izraelskiej prasy.

Filmowcy ponosili poważne ryzyko, w podobny sposób "wkręcając" autentycznego terrorystę - przywódcę Brygad Męczenników Al-Aksa. W odróżnieniu od agenta Mossadu, który bardzo cierpliwie wyjaśniał różnię między Hamasem a hummusem, terrorysta po prostu wyrzucił ekipę Brüna za drzwi.

Na mnie największe wrażenie zrobił "wkręt" może mało spektakularny, ale dużo mówiący o współczesnym amerykańskim społeczeństwie: Brüno w pewnym momencie ogłasza casting dziecięcych aktorów do sesji zdjęciowej, w której ukrzyżuje murzyńskie dziecko. Pyta rodziców, czy zgadzają się na to, żeby ich dziecko było narażone na kontakt z "pszczołami, osami i szerszeniami", aby obok niego działały "ciężkie i przestarzałe urządzenia" albo prowadzono "amatorskie eksperymenty naukowe z zastosowaniem żrących kwasów i płonącego fosforu". Rodzice opętani marzeniem o karierze swej pociechy zgadzają się na wszystko.

Prowokowanie homofobii udaje się w tym filmie najlepiej - Brüno tworzy postać takiego właśnie geja, jakiego wyobrażają sobie homofobiczni konserwatyści obsesyjnie próbujący sobie wyobrazić, jak oni to robią i co sobie w co wsadzają. Widzów o słabych nerwach należy uprzedzić, że w tym filmie wszystkie te wizje zostają bardzo plastycznie przedstawione co do ostatniej kropelki.

Najmądrzejszym żartem w tym filmie wydaje mi się scena, w której Brüno (usiłujący się nawrócić na heteroseksualizm) wynajmuje instruktora od walki wręcz, by ten przeszkolił go w metodach chronienia się przed atakiem geja. "Najgorsze jest to, że gej może się ubierać tak jak ja albo ty - tłumaczy instruktor. - To jak przebrany terrorysta". Po czym więc go rozpoznać - dociska Brüno - i dowiaduje się: gej będzie podejrzanie uprzejmy.

Chyba jeszcze nikomu nie udało się trafniej pokazać absurdalności światopoglądu homofoba, dla którego wszyscy geje nic, tylko chcieliby napastować heteryków i niszczyć instytucję rodziny. Na razie jednak przebierają się za normalnych ludzi i próbują nas znienacka podejść, na szczęście jednak zdradza ich podejrzana uprzejmość.

Przesłanie tej komedii odbieram więc tak: ludzie, boicie się fikcyjnych tworów takich jak Brüno, a nie przejmujecie się tym, jakim zagrożeniem dla rodziny mogą być najzupełniej normalni heteroseksualiści. Którzy dla zaspokojenia swoich ambicji naraziliby dziecko na kontakt z płonącym fosforem.



  • Przeslanie zielka 01.08.09, 12:59

    Fajnie, ze mowisz Wojtku o przeslaniu, bo wlasnie tez usilowalam je sformulowac. Wydaje mi sie, ze do tego co mowisz, trzeba dodac drugi aspekt, mianowicie jednak kpine ze swiata mody: »