Powstaje studio filmowe Andrzeja Wajdy

Z reżyserem i wykładowcą Wojciechem Marczewskim rozmawia Donata Subbotko
2011-06-06, ostatnia aktualizacja 2011-06-05 18:33

Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta

Na polu kina artystycznego polski reżyser pozostaje osamotniony. My to pole zagospodarujemy - mówi Wojciech Marczewski, który razem z Andrzejem Wajdą zakłada Studio Wajdy

RAPORTY


Donata Subbotko: Mistrzowska Szkoła Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy zakłada nowe studio produkcyjne - Studio Wajdy. To konsekwencja waszej działalności. Najpierw wymyślił pan ideę szkoły "od pomysłu do realizacji", potem program "30 minut", teraz powstaje studio. Czym będziecie się różnić od innych producentów?

Wojciech Marczewski: Będziemy kłaść nacisk na rozwój scenariuszy i przygotowanie do filmu. Według mnie to etap najbardziej twórczy. Chcemy, żeby reżyser określił wcześniej charakter, ton filmu, na próbę kręcił poszczególne sceny - tak jak robimy to na naszym kursie fabularnym "Studio prób" czy w programie "Ekran". Nie znam w Europie studia, które by działało według takiej metody. Produkować będziemy filmy fabularne i dokumentalne - głównie młodych ludzi, ale nie tylko adeptów szkoły.

Z myślą o wspieraniu młodych powstało już Studio Munka

- Konkurencja dobrze zrobi i nam, i innym.

Nie stać nas na wielkie produkcje, będziemy preferować tematy współczesne i przyjazny sposób rozmowy z realizatorami. Odwołujemy się do dawnej formuły zespołów filmowych. Chodzi o opiekę artystyczną, rozmowę, wielokrotne czytanie tekstu. Innymi słowy, tworzymy formę dawnego zespołu filmowego poszerzoną o próbną realizację niektórych scen jeszcze przed rozpoczęciem właściwej produkcji.

Pierwszą waszą produkcją będzie film "Sanktuarium" Nory McGettigan, która w szkole Wajdy w ramach programu "30 minut" nakręciła "Jak to jest być moją matką", a potem rozwijała w "Ekranie" projekt pełnometrażowy.

- Film jest koprodukcją polsko-irlandzką. Zdjęcia ruszają w sierpniu w Polsce. Gra kilkoro polskich aktorów, w tym Jan Frycz w roli głównej. To historia chirurga plastycznego, któremu umiera żona, być może to samobójstwo, nie wiemy. Mężczyzna wyjeżdża do Irlandii na kongres chirurgów, gdzie występuje przeciwko operacjom zmiany twarzy, co nabiera znaczenia symbolicznego. Tam też poznaje kobietę. Myślał, że przyjedzie na jeden, dwa dni, ale zostaje na dłużej. Miłość i śmierć są tu ze sobą zderzone. Scenariusz ma momenty poetyckie, ale Norah jest, jak by powiedzieli Anglicy, "bardzo sharp", nie pozwoli sobie na gładkość w filmie. Ona szuka zadziorów, pewnej niewygody, więc da sobie z tym radę.

Skład studia wygląda imponująco - Andrzej Wajda, pan, Edward Żebrowski, Joanna Krauze, Marcel Łoziński, Jacek Bławut. Ale czy pielęgnowany tu rodzaj kina - poważnego, skupionego - nie jest już dzisiaj passé? Czy istnieje widz, z którym można nawiązać tego rodzaju dialog?

- Nie chcemy robić filmów, które nie będą miały widza. Myślę, że będziemy zmierzać w kierunku filmowego art house'u, kina artystycznego, a to, że na polskim rynku jest mało filmów tego rodzaju, jest dowodem jego słabości. Nie jestem przeciw filmom komercyjnym, ale są już producenci, którzy je produkują, natomiast na polu art house'u polski reżyser pozostaje osamotniony. My to wolne pole postaramy się zagospodarować. Może to naiwność, ale ja w takie kino ciągle wierzę.

Otwieramy się też na artystów z innych środowisk. Kilka dni temu PISF i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie ogłosiły konkurs na film z pola sztuki wizualnej, zwycięzca rozwinie swój projekt u nas, na "Studiu prób".

Kiedy zakładał pan z Andrzejem Wajdą szkołę, napisaliście list intencyjny, a w nim, że polskiej kinematografii grozi tandeta i że otoczycie opieką utalentowanych ludzi. Co się udało w ciągu tych dziesięciu lat zrobić?

- Będę nieskromny: szkoła Wajdy to więcej niż szkoła. Nie uczymy bycia reżyserem, pomagamy zrobić pierwszy film. Bo zawodu, opowiadania, filmowania, można się nauczyć, ale ma to sens wtedy, kiedy w zapleczu kryje się człowiek inteligentny, o silnej osobowości, z doświadczeniami, wrażliwy. Podobnie Studio Wajdy nie będzie tylko studiem produkcyjnym, ale studiem wspierania indywidualności. W tym roku w Gdyni w Konkursie Głównym zobaczymy cztery fabuły ze szkoły Wajdy

"Daas" Adriana Panka, "Ki" Leszka Dawida, "Lęk wysokości" Bartka Konopki i "Wymyk" Grega Zglińskiego. To aż jedna trzecia z 12 filmów, które przeszły selekcję.

- Pomysły na te filmy były rozwijane u nas, w "Ekranie", autorów dobrze znamy. W Konkursie Młodego Kina pokażemy też dwa filmy 30-minutowe.

Kiedy zakładaliśmy szkołę - dzięki wsparciu PISF i Ryszarda Krauzego - podejrzewano, że Wajda, ja, Edward Żebrowski, będziemy wmuszać podopiecznym nasz gust, wybór tematu i formy. Dzisiaj widać, że i nasze dokumenty, i fabuły różnią się między sobą tak, jak różnią się ich autorzy. Uważam, że wszystkie filmowe historie są mniej więcej widzowi znane: on kocha ją, ona jego i mamy jakiś problem. Natomiast to, kto nam opowiada, z jaką wrażliwością, czyni tę historię poruszającą albo nie. To sprawa osobowości autora. Dlatego nigdy nie chcieliśmy przyjmować do szkoły wielu uczniów. Stawiamy na bezpośredni kontakt z autorami, tu mówi się do pojedynczych ludzi. Ja tak zdobywałem swoją edukację w Zespole Filmowym "Tor".

Dla wielu młodych ludzi jest pan takim mentorem, jakim dla pana był Stanisław Różewicz - co z tego, jak on traktował kino, chciałby pan przekazywać dalej w Studiu Wajdy?

- To był człowiek wymagający, używał pewnych ważnych określeń, mówił np.: „Powiedz mi, jakie ten film ma rozpostarcie, czy to jest film płaski, czy taki, który kryje za sobą różne piętra. Inna rzecz: kiedy pokazałem mu roboczą wersję »Zmór «, powiedział, żebym zgłosił się do niego następnego dnia. Poszedłem - na kartce miał spisane 44 uwagi. Wprowadziłem siedem. Potem pokazałem film na kolaudacji, był dobrze przyjęty, przez Różewicza też. Dopiero jak wychodziliśmy, dodał: „Szkoda, że nie uwzględniłeś jeszcze jednego z tych punktów, byłoby lepiej, ale w końcu to twój film”. I takie jest też moje przesłanie: nie ma nic gorszego niż choćby próba pozbawienia reżysera poczucia autorstwa. My możemy go do różnych rzeczy namawiać, on może się do tego przekonać lub nie, ważne, żeby mógł powiedzieć: to jest moje.

Mówi pan, że każdy film powinien być ryzykiem, bo jeśli nie, to staje się produkcją.

- Czasem widzę, że tekst jest niedopracowany, ale na tyle rokujący, że należy nad nim pracować, iść dalej. Ważna jest osoba reżysera i rzeczy, których dokonał. Czy film, jaki chce nakręcić, leży w kręgu jego intelektualnych i emocjonalnych zainteresowań. Nasze studio nie będzie wielkie, myślimy o jednym, dwu filmach rocznie. Tylko wtedy można zająć się nimi nie tylko organizacyjnie, ale i artystycznie.

Źródło: Gazeta Wyborcza