Sobolewski: Polskie kino musi rozmawiać z Polakami!

Tadeusz Sobolewski
2011-06-16, ostatnia aktualizacja 2011-06-15 17:15

Jerzy Skolimowski i jego Złote Lwy za ''Essential Killing''. Po prawej dystrybutor tego filmu w Polsce Andrzej Serdiukow
Jerzy Skolimowski i jego Złote Lwy za ''Essential Killing''. Po prawej dystrybutor tego filmu w Polsce Andrzej Serdiukow
Fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta

Nie straszcie nas grajdołem! Łatwizną jest próba ustawienia oponentów werdyktu Festiwalu Polskich Filmów w Gdyni w roli zacofańców broniących "polskiego zaścianka".



"Polskie kino musi rozmawiać ze światem" - przewodniczący jury festiwalu w Gdyni, świetny brytyjski reżyser Paweł Pawlikowski w wywiadzie dla "Gazety" daje nam taką radę: nie zamykajcie się... Jest to wyważanie otwartych drzwi. Bariery dzielące nas od świata zaczynają dziś pękać na poziomie produkcji. Wystarczy spojrzeć na to, co robią młodzi reżyserzy: Borys Lankosz w Los Angeles szlifuje scenariusz swojego filmu o Grotowskim; Andrzej Jakimowski kręci w Lizbonie zdjęcia do międzynarodowego filmu w gwiazdorskiej obsadzie; Paweł Borowski, po debiutanckim "Zerze" zauważony przez branżową prasę amerykańską, szuka zagranicznych koproducentów. Cieszy też fakt, że "lokalny" scenariusz Pasikowskiego (dawny tytuł: "Kadysz") dostał właśnie europejskie fundusze z Eurimage.

Problem promocji polskiego filmu w świecie nadal pozostaje nierozwiązany, podobnie jak problem agentów sprzedaży, bez których nie funkcjonuje dziś żadna kinematografia. Ale festiwal gdyński niewiele tu może pomóc. Nie bardzo wierzę, czy da się zrobić z niego "polskie Cannes". I czy warto? Przed Teatrem Muzycznym nie roiło się w tym roku od międzynarodowych dystrybutorów i korespondentów - przeważali starzy przyjaciele polskiego kina. Oba triumfujące filmy, "Essential Killing" i "Młyn i krzyż", już wcześniej zdobyły wielki międzynarodowy rozgłos - przejechały do Gdyni niejako ze świata. Czy chcemy tego, czy nie, Gdynia pozostaje festiwalem lokalnym. Ale w tym jej siła.

Okno do nas samych

Awanturę, jaką wzniecili dziennikarze po werdykcie, usiłuje się teraz sprowadzić do zaściankowych pretensji typu: "obcy jurorzy nie zrozumieli naszych filmów". Nie o to chodzi! Ta dyskusja ma głębszy sens, a festiwal stwarza do niej znakomity pretekst. Taka właśnie jest jego rola: budzić zainteresowanie. Jego "wielki przegrany" - "Róża" (jak również niedoceniony, bynajmniej nie debiutancki, całkowicie dojrzały "Wymyk" Zglińskiego) - dzięki pretensjom dziennikarzy zaistnieje w pamięci widzów. Szkoda, że będą musieli czekać do jesieni, by przekonać się o wartości tych filmów - czerwcowy termin festiwalu wydaje się dobrany fatalnie.

Za to nowy dyrektor programowy Gdyni Michał Chaciński sprawdził się znakomicie, wprowadzając ostrą selekcję, proponując warsztaty mistrzowskie Zanussiego, Holland, konfrontując nowe polskie kino z dawnym.

Dyrektor nie zazna teraz spokoju, będzie musiał nieustannie klarować swój program, mierząc się z pretensjami. Tylko nie trzeba się na nie obrażać i straszyć "polskim grajdołem". Te pretensje świadczą o rozbudzonych aspiracjach. Znowu potraktowaliśmy ten odradzający się festiwal jako "nasz". Na pociechę dyrektor może sobie poczytać, jakie manto potrafi sprawiać lokalna prasa jego starszym kolegom, dyrektorom wielkich międzynarodowych festiwali: Dieterowi Kosslickowi z Berlina czy Marcowi Muellerowi z Wenecji.

Ale zostawmy konkurs - niedocenioną, mocno angażującą "Różę" i przecenione, sugerujące głębię "Essential Killing". Łatwizną jest próba ustawienia oponentów tego werdyktu w roli zacofańców broniących "polskiego zaścianka". Stare przeciwstawienie "zachodniarzy" i "swojaków", "nowoczesnych" i "zacofanych" nie odpowiada rzeczywistości. Wydaje się, że jury nie tyle nie zrozumiało poszczególnych filmów, ile nie przemyślało roli tego festiwalu i głównego problemu polskiej kinematografii.

Jego głównym zadaniem jest dziś rozmowa z krajowym widzem na takim poziomie, jak rozmawiają z rodzimą widownią wielkie kinematografie europejskie: francuska, niemiecka, włoska, hiszpańska. My też, ze swoimi niemal sześćdziesięcioma filmami fabularnymi rocznie i milionami potencjalnych widzów, aspirujemy do rangi dużych kinematografii. Ich celem jest zdobycie własnej publiczności, szerszej niż klubowa, karmionej na co dzień filmami niemającymi żadnego odniesienia do rzeczywistości społecznej zdemoralizowanej głupią rozrywką, niestawiającą oporu. Przed festiwalem gdyńskim stoi rola nie do przecenienia - chodzi o wybicie nie tyle "okna na świat", ile okna do nas samych.

Polska egzotyczna

Nie trzeba się wstydzić filmów lokalnych. Nie wstydzą się ich Niemcy. W międzynarodowym konkursie berlińskim były w tym roku dwa filmy, które na pewno nie podbiją świata, na pewno nie są arcydziełami, ale za to rozpalają i wzruszają berlińczyków. "Almanya" zagląda do świadomości niemieckich Turków, "Jeśli nie my, to kto" Andresa Veila opowiada o rebeliantach 1968 będących dziećmi nazistów. Kogo to dziś obchodzi? Nie tylko Niemców, także mnie, Polaka zaciekawionego Niemcami. Francuzi do konkursu canneńskiego rokrocznie wstawiają filmy dotykające w sposób niebanalny styku francusko-muzułmańskiego. Film Rachida Bouchareba "Poza prawem", francusko-algierski "Katyń", spowodował, że bulwarem canneńskim przeszła manifestacja "pieds-noirs" - wysiedlonych z Algierii. Międzynarodowe media były tym mało zainteresowane, film nie miał szans na Oscara - ale mnie obchodził bardzo, dzięki niemu dotknąłem jakiejś rzeczywistości, czyjegoś dramatu. Podobnie obchodzili mnie "Ludzie Boga" czy "Hadewijch", filmy dotykające kwestii spotkania religii i terroryzmu. "Habemus Papam" Nanni Morettiego zebrał w kraju Berlusconiego milionową widownię, pokazując kryzys władzy i wszelkich autorytetów - w Cannes przeszedł właściwie niezrozumiany, nie znalazł się wśród nagrodzonych. Ale czy to świadczy o jego mniejszej wartości? Oglądając te filmy, wchodzę w skórę Niemca, Włocha, Araba - to wielki przywilej widza.

Z polskich filmów uczę się Polski, która w swoich konwulsjach - paradoksalnie - dla wielu z nas staje się krajem egzotycznym, nierozpoznanym. Od pewnego światowego reżysera polskiego usłyszałem tego roku miażdżącą krytykę filmów konkursowych. Dowiedziałem się, że nie interesuje go "polski socjal". I że jego idolem jest Pasolini. Pomyślałem: przecież Pasolini wywodzi się z najgłębszego zaścianka, z prowincji, z socjalu. Marzyłbym o takim zaściankowym polskim kinie.



Przeczytaj, co mówił Paweł Pawlikowski, przewodniczący jury w Gdyni





Źródło: Gazeta Wyborcza