Kiedy widzę Maggie (znakomia Marianne Faithfull) patrzącą przez dziurę z plakatu filmu "Irina Palm", nie jestem w stanie oprzeć się wrażeniu, że jestem podglądany. Co ciekawego główna bohaterka może we mnie ujrzeć? Reakcję. Bo w obrazie Sama Garbarskiego o nią właśnie chodzi: o to, jak podejdziemy do specyficznej pracy głównej bohaterki, czy pozbędziemy się odrazy, którą obdarzy Maggie jej własny syn, czy będziemy złośliwi jak jej najlepsza przyjaciółka, Jane, czy zdołamy zaakceptować akt poświęcenia i towarzyszące mu upodlenie. Maggie jest prostą, dobroduszną kobietą i ma tylko jeden cel: zebrać pieniądze na leczenie wnuka. Ileż to już mieliśmy takich historii, ktoś mógłby powiedzieć. Takim historiom jednak w sporej większości towarzyszy sentymentalizm i podniosłość - często przesadnie zintensyfikowane. W "Irinie Palm" sentymentalizm nigdy nie jest przesadzony, a miejsce podniosłości zajmuje wyciszenie i codzienność. To film o ofierze, ale i przemianie głównej bohaterki, o przekroczeniu granicy tabu nie po to, by szokować czy gorszyć, ale po to, by ocalić życie.









